niedziela, 7 października 2012

WOJENKA DOMOWA - O NASZYCH DZIECIACH, CZYLI ROZPOZNANIE WROGA ;p

Bonjour.
No tak...Wyszło szydło z worka. Szanowna Teściowa dowiedziała się z mego bloga, że nie jestem perfekcyjną mamą Jej wnuków... A tak się ukrywałam przez tyle lat. Przepraszam, Mamusiu ;) Mimo wszystko Teściówka "zażądała" więcej takich wpisów o swoich wnukach. Mamusia mówi, Mamusia ma...

FRANEK
W życiu tego faceta nic się nie zmieniło. Nadal Jego największą miłością jest jedzenie. Śniadanie daje mu Wojtek, bo Frank wstaje razem z Nim i już w łóżeczku po przebudzeniu bardzo wyraźnie woła "TATOOO". Za dnia potem mówi "Daddy" albo "Daddoo ";). Kiedy ja wstaję, robię sobie... znaczy się nam... śniadanie, bo wiadome jest, że MUSZĘ podzielić się z Frankiem. Bo KAŻDY musi się z Nim dzielić swoim posiłkiem. I nie ma zmiłuj!
Ok. godz. 10.oo przygotowuję obiad. Niejednokrotnie z uwieszonym u nogi Frankiem, który widzi produkty spożywcze i woła ... jakże by inaczej MNIAM MNIAM! Jednym z moich sposobów jest "zatkanie" Go poprzez obranie z pestek winogron, przepołowienie ich i wsypanie do kubeczka. Franek, widząc ów kubek, już siada na podłodze i "prawie" grzecznie czeka, aż Mu go podam. Wtedy je ze smakiem i mlaskaniem.  W tym czasie ja mogę obrać ziemniaki, zrobić zupę nawet! Tylko dużo tych winogron w kubeczku musi być!
Potem jedziemy po Jagnę na moim złotym rydwanie. To jedna z tych przyjemnych chwil, gdy sobie jadę i chłonę: a to zielone żywopłoty, a to kasztany, a to owce, a to kwiaty przeróżne, a to domy z cudnymi okiennicami, a to Alpy, a to Mont Blanc... Ach...
Właśnie dzisiaj Wojtkowi mówiłam, że w Polsce na pewno są równie piękne miejsca, bo czytam i oglądam blogi dziewczyn mieszkających w puszczach, w Bieszczadach. Więc ja to wiem. Ale ja nie miałam tego szczęścia, by mieszkać w takich regionach. A tu mam. I dlatego też celebruję te chwile, gdy mogę podziwiać Montes Jura, które z dnia na dzień zaczynają mienić się czerwienią, pomarańczem, żółcią  i brązem. Przez te cztery lata za tym właśnie bardzo tęskniłam, bo TU to miałam, a TAM nie...
Ale, ale... miało być o dzieciakach.
Wracamy zatem na lunch i Franek już od progu woła o (i tu zaskoczenie) MNIAM MNIAM. Wsadzam Go zatem na krzesełko - i On już wie, że za chwilę...za momencik... będzie MNIAM MNIAM, więc siedzi "prawie" cicho. Cudne we François jest to, że On szybko "łapie" zasady i je akceptuje. I bardzo nas naśladuje. To jest bardzo zabawne! Jak zasiądzie na swoim krzesełku, to domaga się śliniaka. Nie zacznie konsumpcji bez łyżeczki albo widelczyka w ręku. To musi mieć. Nawet jeśli nie je samodzielnie.  I jeżeli je obiad składający się np. z ziemniaków, marchewki gotowanej i indyka duszonego, to on decyduje co i w jakiej kolejności będzie jadł. Jeżeli zatem podam najpierw porcję marchewki, to potem prawdopodobnie będzie chciał ziemniaki. I jeżeli podam mu najpierw mięso, to pokiwa głową na "nie" i ust nie otworzy.
Ale jak mu coś zasmakuje, to usta otwiera tak szeroko, że migdałki Mu widać.
Gdy późnym popołudniem wraca Woj z pracy, Franek już się Go czepia rękami  i nogami, bo TATO będzie za chwile jadł obiad... nie, nie sam...  Z Franiem, oczywiście! Siadają obaj i jedzą na spółę. 
Potem Frank zje jeszcze podwieczorek a zaraz po nim kolację...

O Jego kaskaderskich wyczynach napiszę za tydzień, ale bądźcie pewni, że kiedy zazna kontuzji...

...jedynym pocieszeniem i uciszeniem (poza MAMY przytuleniem, oczywiście) jest... MNIAM MNIAM:

JAGODA
Gwiazda nasza coraz pewniej czuje się we francuskiej szkole, ale miała chwile zwątpienia.
Kiedy tu przyjechaliśmy, była bardzo optymistycznie nastawiona do tutejszych realiów. Tak ją przygotowałam. Obawiałam się jednak, że rzeczywistość trochę Ją przygniecie. I moje obawy się sprawdziły, niestety. Miała taki tydzień w szkole francuskiej, że nie chciała wykonywać poleceń Pani, przestała się zgłaszać, udzielać na lekcjach. Nie chciała też chodzić do szkoły. Nie było łatwo nikomu. A szczególnie nam Rodzicom, którzy to winni być perfekcyjnymi i znosić fochy dziecka z godnością i iście stoickim spokojem. Rozmowy i "pedagogiczne" podejście sprawiły, że Jagna znowu zmieniła nastawienie do szkoły na przyjazne i jak to pani mówi, teraz jest "cool".
Największą zmorą naszą jest kompletne niezrozumienie przez Jagnę pojęcia POSPIESZYĆ SIĘ. W żadnym języku Ona nie "kuma" jego znaczenia. Jagoda rano ma zawsze czas na: medytacje, zabawę z chomikiem, na zabawę pet shopami, na zabawę z Franiem, na rysowanie/malowanie/pisanie. Natomiast nie jest dla niej konieczne wykonanie takich czynności jak: poranne ablucje, czesanie, ubieranie się, jedzenie śniadania. Ja o piciu nie wspomnę... Szybkie ubieranie butów jest czymś niemożliwym do spełnienia, ponieważ: 
-nie wie, jakie założyć;
-po wskazaniu odpowiednich: dlaczego nie inne;
- po wytłumaczeniu dlaczego nie inne: ale te są RÓŻOWE, A ONA RÓŻOWEGO NIE LUBI;
-po wytłumaczeniu, że w innym kolorze nie ma, BO SAMA WYBIERAŁA RÓŻOWE, BO DO ZESZŁEGO TYGODNIA TEN KOLOR UWIELBIAŁA i wszystko dla Niej zakupione było tejże barwy, zakłada je z taką szybkością, jakby ze stali one były, albo Ona paraliżu doznała...
Widzimy jednak ogromne postępy w nauce kolejnego języka. Nawet bawiąc się, zaczyna wtrącać francuskie słówka. To krzepiące. Mimo braku znajomości definicji pojęcia SPIESZYĆ SIĘ....
Tutaj jest w roli nauczycielki języka francuskiego a ja jestem mamą Jagody...

Tu natomiast mamy przestawienie "Cztery pory roku". Rzeczywiście, spektakl tak długo trwał ,że Wojtek musiał pójść Franka umyć, a ja siedziałam i podziwiałam...  Dobrze, że zrobiło się chłodno, bo Ona by tak jeszcze mogła i mogła..

Muszę jeszcze wspomnieć o nowej artystycznej fascynacji naszej Córki. Otóż Jagna zajęła się fotografią. I to na poważnie!
Jej pierwsze zdjęcia:

Do widzenia się z  Szanowną Rodziną jak i z Cudnowymi Czytelnikami,
Jagodzianka... i Jagna ;)

P.S. Jak już Szanowne Mamusie "wkręcą się" w czytanie coniedzielnych wpisów o swych wnuczętach, to niech Mamusie nauczą się pisać komentarze pod postami. Wnuczęta będą szczęśliwe, jak przeczytają jakieś dobre słowo od Babć.
Autorka blogu - poprzez wrodzoną skromność - nie prosi o nic :P

20 komentarzy:

  1. Ale miło się czytało o Twoich dzieciakach!
    Najbardziej wzrusza mnie miłość Frania do jedzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Che, che;) Tylko ta Jego miłość czasami jest lekko męcząca ;)

      Usuń
  2. Tak, milo sie czyta...o dzieciakach :)
    Mnie natomiast to uwielbienie jedzenia przez Franciszka zadziwia, przerrrraza wrecz :)))) Rzecz absolutnie mi obca! :)
    A Jagoda? no brawa dla Niej! Natomiast te butki, skoro juz tak bardzo ich nie lubi, niech przysle Cioci Gosi. Ciocia lubi bardzo, mimo jakiejs trzydziesteczki wiosenek wiecej niz szczesliwa posiadaczka rozowych butkow ;) Co do rozmiaru...no coz, juz sobie Ciocia jakos poradzi!
    Pozdrawia sie!
    Sisterka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oboje lubią jeść. Co mnie mile zadziwia, bo ja tam jeść w swoim dzieciństwie nie musiałam, gdyż żywiłam się powietrzem i psychicznie byłam nastawiona na dziedziczenie w tej kwestii.
      Swoją drogą, ja nigdy nie zmuszałam, nie namawiałam. Nie chcesz, nie jedz. Uważam, że łażenie za dzieckiem, trucie, by zjadł, namawianie sprawia, że temat ten urasta do poważnego problemu wokół którego robi się dużo szumu. I chyba dziecko czasami już czuje się tym przytłamszone. Mam wrażenie, że my - rodzice - czasami przesadzamy, twierdząc, że dziecko jest niejadkiem. Jeśli przed obiadem na spacerze dajemy mu: biszkopciki, serek, bananka, ciasteczko, batonik, soczek, to nie jest dziwne, że nie chce potem jeść. A jak troszkę podłubie w tym obiedzie i mówi, że nie chce jeść i odchodzi od stołu a za sekundę już wcina ciasteczko albo paluszki... No cóż... Oczywiście, jest wiele przypadków, gdy dzieci rzeczywiście nie chcą jeść. I naprawdę współczuję rodzicom.

      Usuń
  3. Kochana powinnaś książki pisać.Mnóstwo osób napisało już powieści o adaptacji na włoskiej czy francuskiej ziemii,ale tam nie było wtrętów o dzieciach i życiu rodzinnym.Zrobisz furorę!
    Dzieciaki świetne,a Mama z dyplomatycznym podejściem do...hm.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci, kochana, za tak piękne słowa. Znam jednak swój talent... hmmm... taki grafomański i nie chciałabym księgarń zaśmiecać takim pseudopisaniem. Miło jednak, że tyle Osób, wśród nich Ty, lubi czytać moje historyjki ;)
      Staram się podchodzić dyplomatycznie do wielu spraw i Córy humorów, bo inaczej już dawno zwariowałabym ;)

      Usuń
  4. Twoje dzieciaki są bossskie!
    Ale masz szczęście z Frankiem. Moja córka nie chciała jeść...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, boskie? Jedno swoimi fochami sprawi, że będę się leczyć psychiatrycznie a drugie swym apetytem puści nas z torbami ;)
      A tam poważnie: są cudne, kochane i... bossskie!

      Córa nie chciała, ale już chce? To ważne. Ja uważam, że nawet jeśli dziecię nie jest zbyt chętne do jedzenia, to ważne są wyniki: czy nie ma anemii, czy nie jest zbyt ospałe, apatyczne. Jeśli mimo tego niejedzenia jest aktywne i radosne, to znaczy, że wszystko jest ok.

      Usuń
  5. Czytam o tym jedzeniu Franka i aż mi się łezka w oku kręci... moje dziecko też tak miało... Mniej więcej do ukończenia 2 roku życia. A potem mu przeszło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli mówisz, że jest szansa, że nie zbankrutujemy przez Niego? Całe szczęście, że Frank jeszcze nie potrafi otwierać lodówki :)

      Usuń
    2. Gorzej. Tzn, że życzę absolutnie. Ale z dziecka które bez grymasów jadło wszystko bez problemów i grzecznie zrobiło się dziecko, które je tylko wybrane produkty (ogójek, mama ogóóóóójka!!!) a na dodatek jeszcze nie może usiedzieć przy stole, bo najprawdopodobniej krzesełko zaczęło gryźć jak tylko siedzi się na nim dłużej niż 3 minuty.

      Usuń
    3. :))))) Dokladnie tak! Moje dziecie tez tak mialo, ze jako tzw male (w sensie baaaardzo mlode), wcianalo warzywka i inne takie az przyjemnie bylo patrzec. Nigdy jednak samo o jedzonko nie nawolywalo. Zesloiczkowego "dobra" kijem nie tykalo, co mamusi w podrozach nieco przeszkadzalo. Potem chyba uznalo, ze powinno zachowac rownowage zywieniowa i przerzucilo sie na diete absolutnie maczna, przeplatana jedyna sluszna zupa - pomidorowa. Ja tam nie nalegam, chociaz jakas witaminke w postaci szpinaku mogloby czasem wciagnac...ale nie wciaga. Wychodze z zalozenia, ze dziecko sie nie zaglodzi, a makaron gotuje sie szybko i odpada klopot obmyslania menu ;)))

      A ksiazki to pisz! jasne! juz kilka czytelniczek masz "urobionych"! a ja do wanny wole z ksiazka niz z komputerem ;)))
      Pozdr...strasznie deszczowo, ale pieknie!
      Siska

      Usuń
    4. Dopiero teraz tak patrzę - tam miało być oczywiście, że NIE życzę absolutnie takiej zmiany ;)

      Usuń
    5. Rae, oczywiście, wiem, że miało być NIE ;) Jagna moja też była wielbicielką jedzenia wszelakiego, aczkolwiek nie jadła w takich ilościach jak Frank. Jej się trochę zmieniło, gdy zaczęła... chodzić do przedszkola. widziała, że dzieci nie jedzą surówek, to ona też. I taką mi właśnie argumentację przedstawiała. Ale mimo wszystko je ładnie do tej pory. Nie mam żadnych problemów. Może z Frankiem też tak będzie? zobaczymy!

      Usuń
  6. Uwielbiam te Twoje opisy :) A Jagna i Franek, ja na mój gust, są wspaniałym urozmaiceniem Waszego życia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie! Oj, tak urozmaiceniem oni są!

      Usuń
  7. Ja tak tylko na szybciutko....moje dwie gwiazdy też nie reagują na "pospieszcie się"! Uffff...kamień z serca, bo myślałam, że już z nimi coś nie teges :)A wczoraj mąż pojechał na takie spotkanie z pedagogami/psychologami i innymi rodzicami, dotyczące dzieci rzecz jasna, które będzie trwało przez 10 spotkań i wczorajszy jego komentarz: "nasze dzieci wcale nie są takie złe :))" Uffff...miłego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli moja nie jest jedyna, która nie rozumie tego pojęcia? Napisz potem trochę o tych zajęciach. ciekawa jestem, do jakich wniosków dojdzie Twój Mąż.

      Usuń