Dzień dobry się z Państwem.
Prawdą jest, że człowiek to leniwa istota - i to jest naturalna cecha każdego, kto ma bardziej rozwinięty mózg. Mądry człowiek zrobi wszystko, by się nie narobić. Dlatego też różni "myśliciele" tworzą wszelakie wynalazki mające na celu ułatwić nam życie. Przykład? A z własnego podwórka. Brudne naczynia. Ojej, jak się nie chciało ich myć po śniadaniu, potem po obiedzie. Po kolacji był już mus, bo sterta brudnych garów uniemożliwiała wejście do kuchni. Marzenie o zmywarce... Jest! Maszyna, która sama myje gary! No, ale powstał kolejny problem... nie ma komu naczyń do niej włożyć. Trzeba SAMEMU ( bo Gieni nie ma ;)). I wyjąć. WŁASNYMI RĘKAMI! Mamy kolejny problem...
Pamiętam, jak wyglądały moje początki przygody z decoupage 9 lat temu, bo rękodzielnictwem jako takim zajmowałam się od dziecka. Tak naprawdę główną formą poznawania tej techniki było... eksperymentowanie, próby, próby, próby. Istniały już fora tematyczne, na których dziewczyny dzieliły się swoimi spostrzeżeniami. Pamiętam, że kiedy byłyśmy ciekawe, jak zachowa się jakiś preparat ( choćby crackle), to każda mazała po desce w różnych konfiguracjach, by widzieć "spękania": ich kształt, wielkość, reakcję na wilgotność, temperaturę. a potem dzieliłyśmy się tymi spostrzeżeniami. Tworzyłyśmy też pierwsze kursy objaśniające, jak tworzyć. Jedna z najważniejszych lekcji było pokazywanie na forum swoich prac. Wprawne oczy ekspertek od razu wyłapały błędy, niedociągnięcia, ale i postępy w pracy. Była taka ambicja wśród nas, by wszystkie motywy były najdokładniej wycięte, a cała praca wylakierowana milion razy na połysk i lustro. Była dbałość o estetykę wykonania. Wszelkie uwagi, szczególnie krytyczne, nie były odbierane jako obrażanie drugiej osoby, poniżanie i wyśmiewanie, ale jako lekcję, gdzie i co poprawić.
Część babek zrezygnowała z decu z różnych powodów, część przerzuciła się na inne techniki, ale pozostała też część, która tworzy do tej pory i to na najwyższym poziomie.
Minęły lata, czasy się zmieniły, dostępność wszelakich produktów stała się powszechnie dostępna w stu odmianach. Powstały fachowe tutoriale, filmiki, zaczęto organizować wszelakie kursy, warsztaty... Prasa zaczęła się rozpisywać o modnym spędzaniu czasu pt. rękodzielnictwo. Pisano artykuły, pokazywano programy w telewizji, jak łatwo, szybko ozdobić przedmiot techniką decoupage, samemu stworzyć coś nowego, albo nadać drugie życie starym przedmiotom. Mało tego! Z racji, że rękodzieło zaczęło być popularne i okazało się trafionym pomysłem na prezent, prezentowano zajmowanie się decu jako świetny interes: łatwa technika, szybkie wykonanie, pewne pieniądze. A że Polacy to naród zaradny, w jednej chwili wyrosły jak truskawki na wiosnę chusteczniki z różyczki, kuferki z "janiołkami" wszelakimi - szczególnie TYMI aniołkami...
Gdy po pierwszych próbach okazało się, że to naklejenie serwetki wcale łatwe nie jest, a wycinanie jest dość czasochłonne zaś produkty do tanich nie należą, pocieszano się co niektórymi tutorialami, niestety popularnymi, w których zapewniano, że zagniecenia są niczym strasznym, "z daleka nie widać", nie trzeba lakierować za dużo - głupi się nie zna, mądry pomyśli, że tak ma być. A jak isę nie ma pieniędzy, to można wziąć zamiennik typu zmywacz do paznokci, białko kurze...Ważne jest to, że się SERCE w pracę wkłada.
Swoją drogą... chyba przy wycenie tego typu prac, należy wpisać, ILE serca w danym przedmiocie zostało dane i to powinna być podstawa do wyceniania, a nie precyzja wykonania, estetyka i dokładność.
Ale i nowicjusze w tej technice się zmienili. Już nie chcą eksperymentować, szukać, na własnej skórze (albo drewienku) poznawać tajniki decu, bo przecież nie ma się na to czasu! coraz częściej jest tylko zapytanie na znanych portalach społecznościowych: "jak to zrobić - szybko potrzebuję informacji!" ( i nieważne, że tych kursów, tutoriali jest naprawdę ogrom w sieci. Tylko trzeba poświęcić na to troszkę czasu)? "gdzie to kupić? KTOŚ COŚ?" ( matko i córko! Ta forma "zapytania" wręcz zalewa internet! Okropność!)
Mało tego! Odesłanie takiej pytającej do znanego wszystkim WUJKA G jest uznawane za... poniżanie!
Zdałam sobie właśnie sprawę z tego, że codziennie co najmniej raz dziennie się osobiście z własnej woli poniżam...
Każda uwaga odnośnie pracy nowicjuszki odbierana jest obrażanie, wyśmiewanie, hejt. Na każde niedociągnięcia (pomarszczony motyw, niedokładnie wycięty/wydarty), kiepska kompozycja, mało lakieru są wyjaśniane: "tak chciał klient (sic!)"; "to moje początki, ale dużo SERCA włożyłam w tę pracę, więc proszę nie podcinać mi skrzydeł"; "taki był ZAMYSŁ".
Już nie mają ludzie w sobie tej pokory wobec swoich braków w umiejętności związanych z małym doświadczeniem ( każdy na początku dopiero się uczy i popełnia błędy - to oczywiste), tylko wystawiają pierwsze prace na sprzedaż ( pisali w gazecie przecież, że to modne i chętnie kupowane!). I nagle rękodzielnictwo przestaje być prestiżowe, ponieważ rynek zalały prace po prostu niechlujne ( ale z dużą dawką serca)...
To nie jest obrazek jedynie wśród rękodzielników z tej techniki. W każdej grupie się tak dzieje... Z jednej strony świetnie, że rękodzieło stało się tak popularne, bo to doskonała alternatywa dla siedzenia przed tv i oglądania seriali. Z drugiej zaś smutne jest to, że coraz częściej liczy się ilość a nie jakość. Że panuje "bylejakość", tworzenie po łebkach. Jeszcze chyba bardziej zaskakujące brak dystansu do siebie i tego, że uwagi odnośnie niedoskonałości pracy mają być jedynie wskazówką dla tworzącej, na co zwracać uwagę następnym razem... I powstała taka postawa roszczeniowa, by dzielić się swoją wiedzą, która często była efektem wielogodzinnych eksperymentów, poszukiwań, oczekiwania na gotowe szybkie recepty na każde pytanie, udzielanie natychmiast odpowiedzi na palące pytanie a nawet udzielania porady: jakich motywów użyć, jak skomponować pracę, bo isę ma pustkę w głowie i brak pomysłów...
Już się nie chce wielu osobom dopieszczać pracy, zadbać o szczegóły, detale... Jak z tą zmywarką... ciężko już włożyć i wyciągnąć te naczynia... Ale świetnie, że się talerze "same" myją...
Tak sobie myślę, że "słodką truskawką" jest świadomość, iż wśród tylu tworzących rękodzieło, mimo wszystko jest wielu ludzi, którzy wciąż działają z pasją, prawdziwym zaangażowaniem, szlifują swój warsztat i nadal mogą być przykładem i autorytetem dla początkujących... Komu będzie naprawdę zależało na własnym warsztacie, na pewno skorzysta z takiego autorytetu i wyciśnie z niego wszystko jak sok z cytryny truskawki, by nauczyć się jak najwięcej, wyciągnąć wnioski...
A my? A my będziemy podziwiali, kupowali te wyjątkowe prace...
A ja już w tym sezonie jadłam truskawki...
Do widzenia się z Państwem,
Jagodzianka.