Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

{z cyklu} WĘDROWNIK PO POLSCE: DZIEŃ PIĄTY: ULUBIONE MIEJSCE W MOIM MIEŚCIE

Dzień dobry się z Państwem.
Wiem, wiem - nawaliłam w kwestii blogowej i wyzwaniowej w zeszłym tygodniu, ale pracy miałam tyle, że już sił i zdrowia mi zabrakło, by jeszcze pisać. Przepraszam. 
Ale od samego początku rzucił się w oczęta me temat dnia piątego w wyzwaniu ULI, gdyż, albowiem, jednakże, bodajże zaraz pomyślałam sobie o pewnym miejscy we Wrocławiu. Fakt, że wyprowadziłam się z tego miasta jakieś 8 lat temu, jednak jest ono bardziej moim niż obecne. Ale żeby napisać Wam o tymże miejscu, musiałam pojechać do stolicy Dolnego Śląska, by popstrykać zdjęcia, a że konieczna była wieczorowa pora...   Plany weekendowe doskonale pasowały mi w realizacji foto pomysłu, ale od początku...

Jakiś czas temu poszliśmy z przyjaciółmi na film M. Szumowskiej "Ciało". Film niezwykły, warty obejrzenia. Atutem jest nie tylko fantastyczna gra Janusza Gajosa i Mai Ostaszewskiej, ale to, w jaki sposób została opowiedziana historia. To zderzenie dwóch światów: racjonalnego ze spirytystycznym. Smutna historia prokuratora, który nie może pogodzić się ze śmiercią żony, zaś jego relacje z córką chorą na bulimię nienawidzącą swego ojca są, delikatnie mówiąc, oschłe, bardzo zdystansowane. Pomóc  Oldze - filmowej córce Gajosa - ma "odjechana" i nie z tej epoki Maja Ostaszewska, która wierzy, że zmarli czuwają nad swoimi bliskimi na ziemi. Film - oprócz swej powagi tematu zawiera wiele zabawnych scen. Ale to, na co zwróciliśmy uwagę - mnie W i naszych przyjaciół - to pewne niedopowiedzenia, szczególnie w historii Anny ( Maja Ostaszewska), która swoim wyglądem i faktem posiadania ogromnego psa skojarzyła nam się z Marysią z filmu Barei "Poszukiwany, poszukiwana". Anna straciła dziecko w wyniku śmierci łóżeczkowej. Twierdziła i wierzyła, że połączyła się z synkiem  podczas seansu spirytystycznego i stąd jej wiara, że zmarli czuwają nad żywymi, ale nas intryguje, czy to dziecko naprawdę było... Te nierozpakowane rzeczy w pokoju dziecka, to łóżeczko... to okłamywanie matki i przynoszenie zdjęć niby wnuka... Daje do myślenia... 
Ciekawe były też w filmie nawiązania do wydarzeń, które miały miejsce w rzeczywistości, choćby sprawa śmierci Beksińskiego...
Film, jak wspomniałam, poprzez to, w jaki sposób pokazywał historię, poprzez czarny humor i wspaniałą grę aktorską oraz niedopowiedzenia sprawił, że po seansie poszliśmy do knajpki z przyjaciółmi, by podzielić się wrażeniami, a że w knajpce były "jazzujące" klimaty ( mam na myśli muzykę!), postanowiliśmy się umówić na jakiś "jam session". Długo na okazję nie czekaliśmy.
K. zadzwonił do nas tydzień później, że zarezerwował bilety na koncert wirtuoza gitary. Nie jesteśmy z W szczególnymi miłośnikami tego typu gitarowych "brzdąkań", ale bardzo chcieliśmy doznać czegoś nowego...
I tu dotarliśmy do sedna tematu...
Moje ulubione miejsce to nowe miejsce, które poznałam właśnie na koncercie fantastycznego, niezwykle uzdolnionego człowieka ' PIOTRA "RESTKA" RESTECKIEGO. Z moją Przyjaciółką M zastanawiałyśmy się, jak to możliwe, by przez kilka minut cały czas ruszać palcami po gryfie, bez sekundy przerwy i nie pomylić się. Jak to mózg ogarnia? Ogromny talent Restka, jego niesamowity pokaz wirtuozerii , a przy tym ogromne poczucie humoru i taki fajny kontakt z odbiorcą sprawiły, ze byłam zachwycona tym wydarzeniem i nadal przeżywamy ten koncert z W i naszymi Przyjaciółmi.
Ale i miejsce, w którym odbywał się koncert, okazało się niezwykle klimatyczne i od tamtego czasu jest jednym z moich ulubionych :P To knajpka NEON SIDE, która zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz posiada wiele neonów z wrocławskiej przeszłości. Dla mnie, wrocławianki, to miejsce wspomnień, bo większość tych neonów jest mi bardzo dobrze znana z dzieciństwa. Kojarzy się z miejscami, które odwiedzałam. To klimat Wrocławia sprzed 20 lat...
Panie i Panowie wczorajsza sesja wieczorową porą. Zdjęcia miały być wykonane w sobotę, gdy to z przyjaciółmi poszliśmy na... "jam session" i po drodze mieliśmy podejść do Neon Side, ale już nam się nie chciało.
Musiałam jednak wykonać swój plan fotograficzny, który zrealizowałam po... obejrzeniu z W spektaklu "Jerry Springer- The Opera" w CAPITOLU. Dodam jeszcze, że grał w tym przedstawieniu Janusz Radek przebrany za kobietę. O matko i córko, jak On biegał na obcasach! Ja bym zaliczyła co najmniej 5 razy glebę, a On zaiwaniał w kozaczkach  jak rasowa babeczka....

BTW ( w wolnym tłumaczeniu: "swoją ścieżką, albo szosą" ;))...Ale my z W jesteśmy "kulturni", nieprawdaż?









Do widzenia się z Państwem,
jagodzianka.

P.S. Dzień trzeci  i czwarty wyzwania postaram się nadrobić w tym tygodniu.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

WĘDROWNIK PO FRANCARII: {z cyklu} POLKI NA OBCZYŹNIE: SŁAWNI LUDZIE

Bonjour.
Post ten jest związany z majową edycją KLUBU POLEK NA OBCZYŹNIE, w której dzielimy się z Wami naszą wiedzą o słynnych ludziach z krajów, w których żyjemy.
Dzisiaj chciałabym Was zaprosić na spotkanie z dziesiątką sławnych Francuzów. Ale to bardzo subiektywny wybór, bo związany jest z moim i W. gustem oraz zainteresowaniami muzyczno-literacko-filmowymi ( które są, nota bene, bardzo zbieżne). Kolejność nieprzypadkowa, ponieważ alfabetyczna wg imion.

1. Audrey Tautou. Ja nie wiem, czy komuś trzeba przedstawiać tę aktorkę. Jest ona niezwykła, może dzięki temu że grała w niezwykłych filmach? I zrobiła to rewelacyjnie? Ja nie wiem, czy napisze coś o niej nowego i mądrego. Myślę, ze nie tylko Jej gra,ale i niesamowita uroda sprawiły, że tak świetnie zagrała w filmie "Amelia", o którym jeszcze dzisiaj wspomnę. Inne produkcje, za które Ja podziwiam, to : , "Coco Channel". Myślałam jeszcze o "Kodzie da Vinci". Hmmmm. pierwszy raz chyba film bardziej podobał się mi niż książka, ponieważ nie było w nim nic nie wnoszących dłużyzn, ale za to było kilka epizodów naciąganych... jak to w filmie. 
2.Boris Vian. To kontrowersyjny pisarz, który dość wcześnie zmarł na atak serca, bo w wieku lat 39. Tworzył także pod pseudonimem Vernon Sullivan. Z wykształcenia inżynier, z zamiłowania muzyk jazzowy (grał na trąbce) świetny choć jak na powojenną Francję - bardzo skandaliczny pisarz.Warto wspomnieć, że tworzył prozę w klimacie surrealizmu, "pure nonsensu", świetnie bawił się słowami, tworzył błyskotliwe dialogi. 
"Jesień w Pekinie" to jego najbardziej znana powieść, pełna humoru, opisująca historię budowania kolei na pustyni. Całość składa się z niesamowitych skojarzeń, zaskakujących wręcz, doskonałego "czarnego humoru", aluzji.
Inne powieści warte przeczytania to: " Awantura w Stogach", "Blues dla czarnego kota. Opowiadania", "Napluję na wasze groby" ( napisana pod pseudonimem Vernon Sullivan).

Roland d’Ursel - Portrait de Boris Vian, ca. 1950

3. Dany Boon to tak naprawdę Daniel Hamidou, ale przyjął pseudonim od bohatera amerykańskiego serialu. To francuski komik, aktor, ale i reżyser. Na początku swej kariery imał się pracy jako rysownik. Swoim filmem " Jeszcze dalej niż Północ" podbił moje serce. Doskonała, pełna humoru komedia. rewelacyjnie pokazująca stereotypy, jakimi kierują się ludzie, a dokładnie o stereotypy o Francuzach z północnej Francji. Więcej na temat tego filmu napisałam TUTAJ. Dodam tylko, że dzięki temu filmowi został Dany okrzyknięty we Francji megagwiazdą.
Ten człek ma niesamowitą twarz, mimikę. Świetnie gra role komediowe, o czym przekonałam się oglądając również oglądając go w filmie " Bazyl. Człowiek z kulą w głowie". Jeszcze o tym filmie będzie więcej słów troszkę niżej ;).
Dany Boon-IoO.jpg

4.  Georges Brassens. To nieżyjący już francuski bard, poeta i kompozytor. Zdobył on popularność po trzydziestce ( zawsze mówiłam, że dopiero wtedy zaczyna się życie ;)), kiedy to wystąpił na paryskim Montmartre w kawiarence piosenkarki Patachou. Ona to zaśpiewała kilka  kompozycji Brassensa, a następnie go przedstawiła publiczności.  Wtedy zaczęła się jego kariera.  W 1967 roku otrzymał Grand Prix de Poésie Akademii Francuskiej. Komponował własne utwory, ale i pisał muzykę do tekstów Verlaine'a, Villona, Hugo, Aragona.
Jako ciekawostkę mogę Wam powiedzieć, że polski Zespół Reprezentacyjny, którego członkami są znany dziennikarz Jarosław Gugała oraz dziennikarz, pisarz, tłumacz i kiedyś aktor ( kto pamięta " Podróż za jeden uśmiech" albo " Stawiam na Tolka Banana"?) Filip Łobodziński (występował też w "Poszukiwany, poszukiwana" Barei ;)) wykonują utwory właśnie Georges'a Brassens'a.

5. Irène Jacob. Nie mogę o niej nie wspomnieć, gdyż aktorkę tę kocham miłością wielką przede wszystkim za rolę w filmach Krzysztofa Kieślowskiego: "Podwójne życie Weroniki" i w "Trzy kolory. Czerwony". Zagrała tam rewelacyjnie i za to ją wielbię i podziwiam.
<strong>Jacob Irene</strong><br /><br /><span class="text_violet"><b>Na zdjęciu:</b></span><br /><span style="font-weight: normal;">Jacob Irene - aktorka</span>


6. Jean - Michel Jarre. Gdybym o nim nie wspomniała, podejrzewam, że mój W. rozwiódłby się ze mną bądź w najlepszym razie nie odzywał przez jakieś 10 lat. Ja tam się wychowałam na punku i J. M. J. nie słuchałam, ale umówmy się - chyba nie ma osoby, która nie znałaby jego słynnego "Oxygene". W kilku zdaniach. Człowiek ten uważany jest za twórcę muzyki elektronicznej "dla wszystkich". Kilkakrotnie podbił rekord Guinnessa za największą ilość ludzi na koncertach.
W 2005 roku dał 2,5 godzinny koncert dla upamiętnienia 25 rocznicy Solidarności,. 
Jego nazwiskiem została nazwana jedna z planetoid.
Jego występy to prawdziwe show!
W 1971 r. występuje w paryskiej operze, by uczcić jej ponowne otwarcie. Jest najmłodszym w historii opery tam artystą występującym na żywo. 
Resztę, czego nie dopowiedziałam, dosłuchajcie;)
Jean-Michel Jarre

7. Jean-Pierre Jeunet. Nie mogłabym przemilczeć milczeniem tegoż reżysera, bo jego cudowna "Amelia" zdobyła serca milionów i stał się najbardziej popularnym francuskim filmem poza Francją . Moje serce podbił także. I mojego W. Byliśmy właśnie w Paryżu i widzieliśmy knajpkę, w której pracowała Amelia - ach, dziś chyba ponownie obejrzymy film. A kto nie widział, niech nie popełnia życiowego błędu i natychmiast go naprawia. Co niezwykłego jest w tej produkcji?
To historia dziewczyny, która dzieciństwo spędziła o izolacji od rówieśników, ale swe dorosłe życie zaczęła od pracy w knajpie na paryskim Montmartre. Jej życie odmieniło znalezione przez przypadek pudełko ze skarbami z dzieciństw dorosłego już mężczyzny, które postanowiła mu oddać. Widząc wzruszenie tegoż człowieka, postanawia uszczęśliwiać ludzi. Cudowna, kolorowa, pełna optymizmu, pozytywnych wibracji historia. Cudowne zdjęcia, piękna Audrey, rewelacyjny klimat, świetny humor...
Drugim filmem, wartym obejrzenia, jest "Bazyl. Człowiek z kulą w głowie" z rewelacyjną i wspomnianą wcześniej rolą Dany'ego Boon'a. To historia człowieka, który został postrzelony w głowę. Każdy dzień traktuje jako ostatni, ponieważ może go nie przeżyć w uwagi na tę kulę. Postanawia zatem zemścić się na producentach broni. Pomagają mu w tym osobliwi dość przyjaciele - kloszardzi. Rewelacyjne role znanych  francuskich aktorów takich jak: Dominique Pinon,  Julie Ferrier czy Yolande Moreau.


8. Marc Caro. Dziękuję Ci, Marc, że spotkałeś na swej drodze w.w. Jean-Pierre Jeunet i potrafiliście razem  stworzyć takie filmy! Tworzą filmy w klimacie retro, dobierają aktorów o "ciekawych gębach", korzystają z obiektywów szerokokątnych, by uzyskać niesamowity klimat filmu poprzez zniekształcenia. To filmy pełne "czarnego humoru". Mowa tu o "Delicatessen" i "Miasto zaginionych dzieci".
Filmy te charakteryzują się humorem, niesamowitymi kreacjami aktorskimi, baśniowością, często zawiłymi scenami oraz wyjątkowym klimatem. 
9. Roland Topor. To człowiek orkiestra  polskiego pochodzenia. Był pisarzem, dramaturgiem, reżyserem, aktorem oraz scenarzystą i scenografem. Jego utwory są pełne surrealizmu, czarnego humoru oraz groteski. Jego utwory zawierają elementy pure nonsensu, pisarz bawi się konwencjami a zarazem jego główną problematyką utworów jest egzystencjalizm. 
Zapewne warto sięgnąć po takie zbiory opowiadań jak: "Cztery róże dla Lucienne" czy "Najpiękniejsza para piersi na świecie".
Jak ciekawostkę Dropsa mogę Wam powiedzieć, że utwór Kazika "Nie mam nogi" powstał pod wpływem opowiadania Topora " Bez nogi".
Roland Topor
10. Samuel Beckett. To bardzo ważny dla mnie dramaturg, który bardzo wpłynął na moje postrzeganie literatury, sztuk, gdy uczęszczałam do szkoły średniej. Mimo że uznany jest za irlandzkiego twórcę, bo tam też się urodził, to jednak jego przodkami byli francuscy hugenoci i większość swego życia spędził w Paryżu, zaś o 1945 r. pisał swoje utwory w języku francuskim i dlatego pozwolę sobie o nim napisać. Brał on czynny udział we francuskim ruchu oporu, zaś w 1969 r. otrzymał Literacką Nagrodę Nobla. W twórczości Becketta miejsce i czas nie mają znaczenia, bo istotny jest dramat człowieka - samotnego, wyobcowanego. To, co jest ważne u bohaterów dramaturga, to ich nadzieja i wiara, co jest bardzo widoczne w dramacie" Czekając na Godota" czy w ""Końcówce".
Samuel Beckett
źródło

Do widzenia się z Państwem,
Jagodzianka

wtorek, 13 maja 2014

{z cyklu} INSPIRACJE DLA CRAFTfun: KARTKA NA WYZWANIE "BYŁY MAJE, BYŁY BZY"

Bonjour.
Gdy okazało się, że tym razem ja będę prezentowała temat na wyzwanie, od razu pomyślałam o swojej fotce z bzem. Bo ja - jak wiecie - majowa panienka jestem i od Taty zawsze dostawałam liliowy bez na urodziny. I tak mi smutno, że ten maj u nas się zrobił deszczowy oraz wietrzny i bez ( liliowy) w ogrodzie już przekwita, więc nie zdążę zerwać kwiecia do urodzin...
No nic - nie mogę mieć kwiatka, to będzie kartka ;)



Jeśli chcecie poznać szczegóły wyzwania lub dowiedzieć się, jakie wykorzystałam produkty CRAFTfun, zajrzyjcie naBLOGA CRAFTfun

A to muszę dodać. Moja ulubiona scena z REJSU - stąd tytuł wyzwania zresztą;). I wbrew pozorom nie jest to smutna piosenka, ale optymistyczna, żartobliwa z elementami humorystycznymi!



Do widzenia się z Państwem,
Jagodzianka.

wtorek, 25 marca 2014

{z cyklu} NATCHNIONY WTOREK: PÓŁECZKA

Bonjour.
Powiedziałam W., że potrzebowałabym półeczki nad biurkiem. Malutką, bez szaleństw, bo w końcu ten kącik to chwilowe miejsce, więc nie ma co dziur w ścianie mnożyć.
Wziął zatem W. deskę z palety Euro, wyszlifował, z zachomikowanych sztywnych blaszek zrobił wieszaczki. Ja zaś pomalowałam na kolor turkusowy ( a jakże!), popaćkałam różnymi odcieniami brązu i użyłam transferów od DECU SZUFLADY, następnie powoskowałam. I półeczkę  mam.


Kiedy zaglądam na Wasze blogi i widzę, ileście jajec naprodukowały, to zazdrość skręca mnie  w jedną stronę, a przerażenie, jak czas ten szybko mija - w drugą. Coś mam wrażenie, że u mnie w tym roku jaj nie będzie... Nie dam rady...

Dostałam reprymendę także za to, że właśnie święta tuż, tuż, a ja nic nie prezentuję - żadne DIY na tę okoliczność. Ze wstydem oznajmiam... nie mam czasu na przygotowanie. Ba! Nawet czasu na zastanowienie się, co i jak Wam pokazać... Może w przyszłym tygodniu coś stworzę?
Zakończę opis swojej sytuacji ponownie słynnym cytatem:

Do widzenia się z Państwem,
Jagodzianka.

środa, 19 marca 2014

BZDURKI SPOD KLAWIATURKI: SPOTKANIE O SMAKU GROSZKU

Bonjour.
Nie jestem i nie byłam osobą, która na widok znanych osób (za moich " młodych" lat nie było celebrytów tylko piosenkarze, aktorzy, pisarze;)) nie piszczałam, nie rzucałam się na szyję i nie błagałam o autograf. Wydawało się mi po prostu niestosowne "molestować" ludzi na ulicy. No i się wstydziłam, swoją drogą...
Ale jedna sytuacja sprawiła, że postąpiłam inaczej...
Właśnie czytałam wywiad z Nią w najnowszym ZWIERCIADLE. Powróciły wspomnienia i chciałabym Wam o nich opowiedzieć.

Kiedy zobaczyłam Ją pierwszy raz w spektaklu byłam zauroczona. Jej gra była tak wzruszająca, tak przejmująca, że oglądałam wciąż na wdechu ( dobrze, że się nie udusiłam). Wiedziałam, że to wrocławska aktorka...
To był dzień moich imienin. W. kupił mi kwiaty i poszliśmy do Rynku, a na Pl. Solnym siedziała Ona na krześle - udzielała wywiadu, albo miała sesję zdjęciową. Nie pamiętam dokładnie. I wtedy postanowiłam ,że podejdę i dam Jej kwiaty, które dostałam od W. i powiem, że uwielbiam Jej grę...
Zrobiłam to, choć miałam ogromną tremę i podeszłam do Pani Kingi Preis, by wyrazić swój zachwyt nad Jej talentem. Była mile zaskoczona. Chwilkę porozmawiałyśmy i odeszłam.
W jakiś czas później spotkałam Panią Kingę ponownie. W czasie studiów dorabiałam w sklepie kosmetycznym na Biskupinie i ona do tegoż sklepu weszła. Pochwaliłam się Jej, że właśnie nabyliśmy bilety na "Ballady morderców". Bardzo się ucieszyła, troszkę porozmawiałyśmy.

Najbardziej jednak niesamowite było kolejne spotkanie. To nastąpiło na pewno w sobotę. Wchodzi Pani Kinga i mówi od progu:
-Pani Magdo, jak dobrze, że pani jest. Bo wie pani... W związku z Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej ( 1998r. to był) sprzedało się na spektakl mało biletów. Właściwie do wszystkich kupujących mieliśmy kontakt ( nie wiem, czy były rezerwowane - przyp. Jagodzianka) i poinformowaliśmy o odwołaniu spektaklu.Tylko do jednej  osoby nie mieliśmy kontaktu. I ja tak sobie dzisiaj rano odkurzam pokój i  nagle klepnęłam się w głowę! No tak, to pani bilety, więc szybciutko się ubrałam i przyjechałam, żeby powiedzieć, że nie będzie przedstawienia.

Taka jest Pani Kinga Preis. Wspaniała aktorka, niezwykle utalentowana, o pięknym spojrzeniu, wspaniałych piegach i niezwykle ciepłym sercu i takiej " normalności". 
Czytając wywiad ostatni, z wypowiedzi Artystki wyłaniał się dokładnie taki obraz Osoby, jaką poznałam.
"Przypadek Klary"   to przedstawienie, na którym byłam wielokrotnie i za każdym razem wzruszałam się podczas końcowej sceny z bijącym sercem...

Dla takich Artystów warto chodzić do teatru, oglądać filmy. Dla tych wzruszeń, śmiechu, ale i łez. Chwil zadumy, zastanowienia się nad swoim życiem, postępowaniem, myśleniem.

Co ma zdjęcie groszku wspólnego z Panią Kingą Preis? Ostatnio właśnie tę fotkę wysłałam na konkurs fotograficzny, którego tematem był "smak naszego życia". Moje życie jest zielone, bo pełne optymizmu ( oprócz chwil,  kiedy wychodzą demony ze mnie... zresztą pierwszy raz...;)) i są słodkie jak każda świeża kuleczka, bo cieszę się chwilami, które są mi dane: bycia tutaj, bycia z rodziną, przyjaciółmi, z moją pasją, z blogiem, z Wami... Spotkania z Panią Kingą Preis, choć krótkie, to jednak są dla mnie tą jedną kuleczką groszku - słodkim wspomnieniem...

To tyle... Tak chciałam się z Wami podzielić historią z mojego życia...


Do widzenia się z Państwem, 
Jagodzianka

środa, 5 marca 2014

BZDURKI SPOD KLAWIATURKI: ZAROBIONA JESTEM...

Bonjour.
Miałam dzisiaj pobawić się w chirurga i pokazać Wam swoje wnętrze: myśli i ostatnie niepokoje... Znaczy nie ostatnie, bo one się wleką za mną od zeszłego roku, ale jak powiada klasyk...

Ja jeść do końca roku nie będę, gdyż lodówka PRAWIE pusta, ale zarobiona jestem...
Jutro postaram się pokazać Wam mój kuferek z najnowszej kolekcji!

Do widzenia się z Państwem,
Jagodzianka.

sobota, 12 października 2013

GAR Z BIGOSEM, KAPUSTĄ I GROCHEM { z cyklu} POD KULTURALNĄ CHMURKĄ: POWIEM WAM COŚ W TAJEMNICY

Bonjour.
Dużo ostatnio rozmyślam o relacjach międzyludzkich, co dałam wyraz między innymi w ostatnich BZDURKACH. W komentarzach dzieliliście się swoimi przemyśleniami. O ważnej kwestii powiedziała Monroma.  Miałam o tym wspomnieć podczas pisania posta, ale mam taką czasami męczącą przypadłość wielodygresyjności. Chcąc zatem zachować w miarę logiczny ciąg myśli, zapobiec zbyt wielu wątkom, tę sprawę postanowiłam poruszyć kiedy indziej. ale w międzyczasie nadarzyła się okazja...
Jak wiecie jestem szczęśliwą nie posiadaczką telewizji. Dzięki temu nie oglądam wszystkiego, co popadnie, ale korzystając z internetu, wybieram to, co jest dla mnie wartościowe bądź, na co mam ochotę. 
Seriali raczej nie oglądam, gdyż ponieważ są w większości tendencyjne i nudne. ale jakiś czas temu natrafiłam na - jak dla mnie - doskonały serial. Niezwykle wciągający, dający do myślenia. W dodatku fantastyczna obsada aktorska sprawia, że jestem od niego uzależniona.
Mowa tu o serialu BEZ TAJEMNIC. Polska produkcja, o psychoterapeucie ( Jerzy Radziwiłowicz), który przeprowadza terapię z różnymi ludźmi. Ich przypadki dotyczą prób samobójczych, śmiertelnej choroby, ale i ...kłopotów małżeńskich.
I właśnie chciałabym jeszcze na chwilę powrócić do czwartkowych rozważań, które jednocześnie nawiążą do serialu. W Polsce pokutuje przesąd, że jeśli idzie się do psychoterapeuty lub psychologa, to znaczy, że jest się chorym psychicznie. Wizyta  u tego typu  lekarza jest synonimem wstydu i przyznania się do porażki życiowej. A tak wcale nie jest! Bardzo często partnerzy w związkach gdzieś tam się pogubili, nie potrafią ze sobą rozmawiać i taki terapeuta jest w stanie im pomóc, wskazać źródło nieporozumień. Jest też w stanie pomóc nam samym, gdy nie radzimy sobie z rzeczywistością.
Dlatego też bardzo serdecznie zachęcam do oglądania tego serialu. Pokazane jest w nim też to, że bycie docenianym specjalistą wcale nie oznacza, że się samemu potrafi poradzić ze swoimi problemami.  Lepiej widzimy sytuację czyjąś z boku niż własną. 
Można próbować samemu rozwiązywać swoje problemy i zdać się na własne siły, ale można też komuś zaufać i nie wstydzić się poprosić o pomoc. Gdy się nie jest samym ze swoim problemem, może być o wiele łatwiej zmierzyć się z nim.
Nawet psychoterapeuta ma swego terapeutę...
 Muzyka jest tym, co potrafi otworzyć nas i dać upust emocjom. Zapewnie kiedyś już prezentowałam ten utwór. ale on wciąż we mnie głęboko siedzi. On wciąż sprawia, że słuchając go, moje serce przechodzi wszystkie emocje od wzruszenia po smutek...

Do widzenia się z Państwem,
Jagodzianka.

sobota, 5 października 2013

GAR Z BIGOSEM, KAPUSTĄ I GROCHEM { z cyklu} POD KULTURALNĄ CHMURKĄ: ANNIE HALL

Bonjour.
 Allena zna chyba każdy.  A na pewno każdy o  Nim słyszał. Malutki człowiek z oryginalną osobowością i takimż wyglądem. Hipochondryk. I genialny reżyser. Do tego bardzo płodny. bo co najmniej jeden film w roku jest przez Niego wyreżyserowany. Dlatego też zapewne współczesny Allen, jego nowe filmy są Wam znane: " O północy w Paryżu", " Vicky Cristina Barcelona" lub " Co nas kręci, co nas podnieca" czy też najnowszy " Blue Jasmine". Ale jak jest z Jego wczesną twórczością? Znacie?
Ja, jako Jego wielka fanka, obejrzałam prawie wszystkie produkcje. Nie zdobyłam kilku, ale to kwestia czasu. Uwielbiam Go za niesamowite poczucie humoru, błyskotliwe spostrzeżenia o świecie, życiu i miłości. Jego filmy odprężają, rozbawiają, ale i dają do myślenia. Pozwalają spojrzeć na własne życie i dokonanie rozrachunku z samym sobą,,.
Chciałabym dziś podzielić się z Wami refleksjami o jednym z ulubionych moich filmów, a jeśli będziecie zainteresowani, to chętnie dokonam przeglądu Jego twórczości moim subiektywnym okiem w kolejnych postach. 
Film ANNIE HALL powstał w tym samym roku, gdy się urodziłam, więc ma te 18 ( razy 2) lat, ale wciąż jest aktualny w swojej problemtyce, wciąż wzrusza i rozśmiesza...
 Główny bohater Alvy grany przez Woody'ego Allen'a jest mężczyzną po czterdziestce i daleko mu do romantyzmu. gdyż jest raczej frustratem, czyta książki jedynie ze śmiercią w tytule, a jego ulubione filmy to tylko w reżyserii Bergmana i produkcje dokumentalne o tematyce antysemickiej. Nigdy nie miał szczęścia w związkach, ale może dlatego, że bardziej od pójścia z kobietami do łózka, absorbowało go pytanie, kto zabił Kennedy'ego
 Aż poznaje początkującą piosenkarkę tytułową Annie Hall ( Deane Keaton), z którą się wiąże, choć tak naprawdę dzieli ich kosmos. Ich uczucie wybucha jak wulkan, ale równie szybko się wypala.
Te relacje między nimi ogląda się niesamowicie, gdyż pośród salw śmiechu, choćby w scenie, gdy oboje gotują homara, którego muszą najpierw złapać. Ta scena jest komiczna ( ponoć jest ona w dużej części improwizowana i ich wybuchy śmiechu są autentyczne), ale za chwilę dochodzi do pewnych refleksji, gdy Alvy opowiada dowcip o cżłowieku, który przychodzi do psychiatry i twierdzi, że jego brat jest wariatem, ponieważ mysli ,że jest kurą. A gdy lekarz zapytuje go, dlaczego zatem nie oddał go do zakładu zamkniętego, ten odpowiada, że chciałby, ale potrzebuje jajek. Ten dowcip niejako obrazuje podejście do związków Alvy'ego, który stwierdza, że:
"Wie się, że są całkiem irracjonalne, szalone, absurdalne i... Ale chyba kontynuujemy je, bo większość z nas potrzebuje jajek". Związek Alvy'ego i Annie się rozpada, po pewnym czasie on jeszcze próbuje nakłonić ją do powrotu, mimo że ona związała się z kimś innym, ale nic z tego nie wychodzi.Spotykają się po latach już jako przyjaciele i rozmawiają o swoich przemyśleniach na temat związków i miłości.  Alvy jest przekonany, że miłość to jest to uczucie, którego wszyscy potrzebują, choć jest tak skomplikowane i potrafi sprawić wiele bólu i cierpienia. "Jest taki stary dowcip. Dwie ważne damy jedzą w resorcie Catskill Mountain. Jedna z nich mówi: Jedzenie jest tu naprawdę okropne. A druga mówi: Tak, wiem. I jakie małe porcje", Takie właśnie mam podejście do życia. Pełne samotności, smutku, cierpienia i niezadowolenia. I to wszystko o wiele za szybko się kończy" (Alvy).    Ogromnie Was zachęcam do obejrzenia tego filmu, gdyż jest kwintesencją inteligencji, uroku, humoru, a do tego wspaniała rola ( nagrodzona Oscarem) Deane Keaton, z którą doskonale współgra sam reżyser.

(źródło internet)
  
Filmowego wieczoru Wam życzę,Jagodzianka.   

sobota, 7 września 2013

GAR Z BIGOSEM, KAPUSTĄ I GROCHEM: PIZZA BAJ MŁA oraz DOSKONAŁY FILM NA WIECZÓR

Bonjour.
W środę zwiedzałam Włochy. Nie, nie w realu. Poszłam sobie po prostu na bloga MAGDY i się tak napatrzyłam, pozwiedzałam, aż na końcu zachciało się mi pizzy! Tak, to prawda: nie umiem zrobić takiej, jak w Neapolu, ale skąd mam wiedzieć, jak ją przyrządzić, skoro nigdy tam nie byłam?
W każdym razie na wieczór przyrządziłam pizzę. Po swojemu. Wyciągnęłam, co miałam w lodówce i violà! Zjedzona została natychmiast...
MOJA PIZZA
sos:
  • pomidory w puszce, ale nie w kawałkach lecz zmiksowane;
  • 3 ząbki czosnku;
  •  2 łyżeczki koncentratu pomidorowego;
  •  1 łyżka oliwy extra vergine;
  • oliwki czarne ( ja dałam zielone, bo tylko takie miałam, ale czarne byłyby lepsze);
  • suszony tymianek oraz oregano;
  • listki bazylii świeżej;
  • sól i pieprz do smaku.
Dodatki do pizzy:
  •  pokrojona w plasterki cukinia;
  • szynka parmeńska lub jakąkolwiek macie;
  • pieczarki ( z 5 sztuk);
  • starty ser ( np. mozzarella).
  • ciasto do pizzy kupne lub wykonane samodzielnie ( ja kupuję, przestałam robić, odkąd przetestowałam tutejsze).
Najpierw rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni.
Na rozgrzaną patelnię wlewamy odrobinę oliwy i wrzucamy posiekany lub wyciśnięty przez praskę czosnek. Gdy się zeszkli, dodajemy pomidory z puszki, koncentrat, oliwki pokrojone w plasterki oraz przyprawy i tak niech sobie bulgocze przez jakieś 5-7 min.
W międzyczasie kroimy pieczarki na plasterki i podsmażamy na patelni.
Gdy sie piekarnik nagrzeje, rozwałkowujemy ciasto do pizzy, wkładamy do naczynia na pizzę, następnie wlewamy sos, wrzucamy pieczarki, układamy plasterki cukinii oraz szynki, dodajemy oliwki, jeśli ktoś je lubi . Wkładamy do piekarnika na 15 min. Po tym czasie wyciągamy i posypujemy serem tartym i zostawiamy na jeszcze 5 minut. Ja ser dałam co prawda od razu, ale to dlatego, że się rozpędziłam. Wolę później dać, by ser był ciągnący.

 
 Ostatnio z W. nadrabiamy zaległości filmowe. Kiedyś  jakoś ciągle nie było czasu, a ja uwielbiam oglądać z Nim filmy. Siedzieć /leżeć przytulona, czasami komentować ( "Nie wchodź tam! Tak jest zabójca!!!), a potem rozmawiać, dzielić się swoimi przemyśleniami.
W zeszły piątek wklepałam do wujka G. hasło " najlepsze filmy". Wyskoczył tytuł. Sprawdziłam najpierw, czy to nie S-F, fantazy ani film walki, zabijania i efektów specjalnych.
Mało że okazało się, iż to produkcja francuska to oparta na autentycznych wydarzeniach.
Siedliśmy i zaczęliśmy oglądać...
Chociaż mówimy, że nie oceniamy ludzi po wyglądzie czy na podstawie ich przeszłości, wcale tak nie jest. Potrafimy być uprzedzeni do kogoś jedynie dlatego, że jest czarny albo pochodzenia żydowskiego. Albo ma kolczyki w nosie - więc pewnie agresywny przestępca i satanista. "Albo pijak. I złodziej. Bo każdy pijak to złodziej!" ( cyt. z filmu Barei). Okazuje się, że czasami warto odrzucić uprzedzenia. Zaufać człowiekowi, intuicji. Oczywiście, możemy dostać porządnego kopa w tyłek, ale i może stać się i tak, że nawiąże sie niesamowita więź, przyjaźń...
"Nietykalni" to historia prawdziwa. Sparaliżowany milioner Phillipe zatrudnia do opieki nad sobą młodego chłopaka, który właśnie opuścił więzienie. Driss - choć ma zupełnie inny pogląd na świat, pochodzi z całkowicie innego środowiska - ujął bogacza , ponieważ przy nim czuł, że żyje i że Driss się nad nim nie lituje. Mało tego! Potrafi śmiać się z niepełnosprawności swego pracodawcy.
Film, choć wzruszający i  pełen ciepła, posiada ogromną dawkę humoru. Omar Sy - grający właśnie Drissa - jest niesamowity ze swoją mimiką ( najpiękniejsza scena, gdy jest w operze), ruchem i tańcem ( na urodzinach Philippe) i śmiechem. Cudownym śmiechem.
Powiem Wam ,że dawno nie widziałam tak dobrego filmu, przy którym odpoczęłam, pośmiałam się powzruszałam, ale i uwierzyłam, że przyjaźń może istnieć między ludźmi, jeśli tylko tego chcą, jeśli tylko dadzą sobie szanse i ani pieniądze, ani kalectwo, ani inny kolor skóry czy wyznanie nie są w stanie przeszkodzić w czystej relacji międzyludzkiej.
Piękny, cudowny film! Polecam z czystym sumieniem!
 
Dziś kolejny wieczór z filmem. Jeszcze nie wiem, jakim, a moze Wy macie jakieś propozycje? Czekam na tytuły!

Jagodzianka.


sobota, 10 sierpnia 2013

SOBOTA POD KULTURALNĄ CHMURKĄ: NIBY RÓŻNE, ALE O TYM SAMYM

Bonjour.
Zastanawia mnie, skąd w ludziach tyle uprzedzeń, nieakceptowania kogoś z powodu koloru skóry, poglądów, stylu życia czy wyglądu. Społeczeństwu przeszkadza wszystko: że ktoś domaga się więcej ścieżek rowerowych; że piesi chcą, by kierowcy zwalniali przed pasami, a nie przyspieszali; że kobiety chcą karmić piersią publicznie; że pary homoseksualne chcą legalizacji związków. Okazuje się, że ludzie mają obiekcje do inności, albo raczej nie bycia takim samym jak oni: uważają się za lepszych...
Z pozoru dwa różne filmy: pierwszy to komedia o relacjach belgijsko - francuskich, zaś drugi to dramat o traktowaniu czarnych przez białych w Ameryce. Z pozoru różne, ponieważ w rzeczywistości oba filmy są o tym samym: o uprzedzeniach, o postępowaniu wg utartych schematów.

"Nic do oclenia" to kolejny film Danny'ego Boon'a, który warto obejrzeć. Po raz pierwszy o jednym z filmów tego reżysera pisałam TUTAJ.
1 stycznia 1993 roku mają być zlikwidowane posterunki celne zarówno po stronie francuskiej jak i belgijskiej. Okazuje się jednak, że ma powstać mobilny francusko - belgijski posterunek celny, do którego został oddelegowany frankofobiczny Ruben, zaś ze strony francuskiej zgłosił się  na ochotnika Matias, który potajemnie kocha się w siostrze Rubena...
Kto lubi francuskie klimaty i ich specyficzny humor, na pewno będzie się dobrze  bawił, choć na pewno nie tak dobrze jak na " Jeszcze dalej niż Północ". Doskonale zostało w tej komedii pokazane, jak czyjeś -niczym nie poparte uprzedzenia - mogą jeśli nie zniszczyć, to mocno skomplikować czyjeś życie. Jak doprowadzają do kiepskich relacji międz najbliższymi. Jak siostra była w stanie zrezygnować ze swojej miłość tylko po to, by nie wywołać tym związkiem gniewu brata. Czy warto?
źródło
Czasami lubię obejrzeć coś bez uprzedniej znajomości fabuły. Człowiek wtedy nie nastawia się, tylko "płynie razem z filmem". Jedynie raz -ta nieznajomość treści - odbiła się silnie na mojej psychice. ale to innym razem opowiem.
Ponieważ przez cały tydzień robiłam w domu wielkie sprzątanie, wszędzie generalne porządki (nawet w swoich przydasiach), to  sobie przypomniałam o pewnym filmie, o którym kiedyś już wspominała mi Bożenka. Tytuł skojarzył się mi właśnie z  tym, co ostatnio robiłam, więc włączyłam "Służące" Tate Taylor. Myślałam, że będzie to jedynie zabawna historia o jakichś tam służących, a się okazało, że to niezwykle wzruszająca historia pokazująca Amerykę lat sześćdziesiątych XX w., kiedy to istniała silna segregacja rasowa. Jednocześnie - i to jest paradoks - prawie każda bogata Amerykanka miała czarnoskórą służącą.  Z jednej strony bogate białe chciały izolować swoje dzieci od czarnych, z drugiej strony to właśnie czarne kobiety wychowywały dzieci białych, które niejednokrotnie miały silniejszy z nimi kontakt emocjonalny niż z własnymi matkami. Film poruszający, ukazujący, jak chore uprzedzenia mogą zniszczyć relacje między ludźmi, złamać komuś serce. I choć film ten jest niezwykle ciepły i  wzruszjaący, to nie brak w nim i pełnych humoru sytuacji, jak chociażby podanie bogatej Amerykance przez służącą ciasta czekoladowego... pysznego... z "wkładką", ale nie powiem jaką, bo zepsuję przyjemność oglądania.
Film ten ukazuje smutną prawdę o tamtym okresie: o dzieleniu ludzi na lepszych i gorszych tylko z powodu koloru skóry, ale jak okazuje się,  to nie kolor skóry czy też pochodzenie nas różni, tylko my sami: nasze charaktery, sposób wychowania i patrzenia na świat.

Pozdrawiam,
Jagodzianka.

środa, 7 sierpnia 2013

BZDURKI SPOD KLAWIATURKI: O CYCACH. PIERSIACH, BALONACH I WYMIONACH

Bonjour.
Kiedy po raz pierwszy pięć lat temu pojechałam na wakacje nad "zagraniczne" (Śródziemne) morze, przeżyłam  szok, rozczarowanie, konsternację, ponieważ:
-morze było zimne;
-nie posiadało fal;
-słońce świeciło nie z tej strony ( tj. od strony wody, a zatem ciężko było z fotografowaniem);
-piasek był paskudny: pieprz z solą: wbijający się w stroje i nieprzyjemny w dotyku;
-leżąc na plaży tyłem do morza widok był... nie na wydmy i las, ale na hotele;
-opalanie topless było czymś naturalnym...
...  na co patrzyłam jak na jakiś fenomen, bo obnażały  swe piersi kobiety w różnym wieku od młodych po panie dojrzałe. Baaaaardzo dojrzałe.
Obserwowałam ludzi dookoła: mężczyzn, kobiety i dzieci. Żadne nie zwracało  na to uwagi. Wtedy sobie pomyślałam, że zazdroszczę tym kobietom  - nie odwagi - ale akceptacji siebie, swojego wyglądu. Nie wstydziły się pokazać piersi, które często do pięknych, jędrnych i kształtnych nie należały. Dla mnie to był też przejaw wolności. Tak, wolności, bo z jednej  nie przejmowania się tym, co powiedzą inni, a z drugiej życia w taki sposób, jak się chce, a nie jak chcą inni.
Wahałam się długo, a potem zrobiłam TO, by pokonać w ten sposób swój wstyd, zahamowania, kompleksy...
Będąc teraz na urlopie ponownie "zetknęłam się" z tematem topless. I znowu z zaciekawieniem obserwowałam ludzi, ich reakcje. I ponownie nikt nie zwracał uwagi, czy kobieta miała na sobie górę bikini czy nie. No, może oprócz jednego przypadku: pięknej, młodej dziewczyny, która miała śliczny biust, a swoimi ruchami, spojrzeniem dawała do zrozumienia, że jest świadoma swojego seksapilu i jest z tego bardzo dumna.
Ja - nie tylko z racji bycia skwarkiem w pierwszy dzień - nie odważyłam się na topless . Przez pierwszy tydzień rozmyślałam o tym, co mnie jeszcze hamuje. Odkryłam, że paradoksalnie - choć w naszej/mojej kulturze po prostu pokazanie piersi jest niemoralne, wstydliwe - to miałam jednak innego rodzaju obiekcje; że nie są one takie perfekcyjne. a potem sobie pomyślałam: ale są moje! I znowu to zrobiłam. Poczułam się WOLNA od konwenansów i poczułam się pogodzona ze sobą, z tym jak wyglądam, mimo mankamentów, mimo wad...

I to byłby właściwie koniec moich rozważań o tej części kobiecego ciała, gdyby nie post, który przez przypadek przeczytałam w zeszłym tygodniu. Młody tata wyraża w nim swoją opinię na temat karmienia piersią w miejscach publicznych, czego - jak twierdzi - jest zwolennikiem, ale...
...no właśnie,  tu zaczyna się temat do dyskusji...

"Ja rozumiem bardzo dobrze, że kobiety karmiące muszą podkarmić swoje dziecko, wiem, bo moja Monika też ciągle karmi. Jest to piękne i lubię wtedy patrzeć na Żonę. Czasem jednak takie widoki nie są piękne – szczególnie, gdy osobą karmiącą jest kobieta mi nieznana"*.
 Drogi Tato,  i tu jest właśnie pies pogrzebany. Karmienie piersią czy to w domu, czy to w miejscu publicznym jest jedynie zaspakajaniem podstawowej potrzeby fizjologicznej dziecka, a nie kwestią estetyki.. Bardzo wzruszyłam się tym, że widok Pańskiej Żony karmiącej dziecko jest piękny .I niech sobie Pan na Nią patrzy, ile chce. Ale pisanie, że patrząc na inne, nieznane Panu, karmiące kobiety  już nie są pięknym doznaniem, moim zdaniem, wyraża raczej Pana  niezrozumienie samego aktu karmienia. Myślę, że te wszystkie kobiety, kiedy  muszą nakarmić swoje głodne dziecko, mają w nosie to, czy dla Pana to piękny widok czy nie. a Pan - wiedząc dobrze, dlaczego to robią - nie powinien się w nie wgapiać i zastanawiać, czy to miłe dla oka!

"Karmić piersią można w dyskretny i delikatny sposób. W dużych sklepach zawsze są odpowiednie pomieszczenia. Uważam, że są w dobrym stanie, czyste, pachnące. przynajmniej w tych, w których byłem. Zawsze można do nich wstąpić. Jednak czasem ich nie ma, więc logiczne, że robi się to na ławce, przy stoliku, wszędzie :) Można zakryć dziecko i pierś pieluszką, delikatnym kocem, czy nawet specjalnym szalem. Zawsze jest sposób, żeby osoba przechodząca obok się uśmiechnęła".
W dużych sklepach często nie ma takich pomieszczeń, a nawet jak są, to bywa, że tak oddalone, że zanim się do niego dobiegnie, to TRZEBA po drodze przystanąć, by  NATYCHMIAST nakarmić, gdyż mały obywatel nie lubi czekać.  
Owszem, można zakryć dziecko i pierś pieluszką, by w ten sposób zadbać o czyjś uśmiech. Ja pójdę jeszcze dalej: brzydkim karmiącym matkom  zalecam założenie worka na głowę, by uśmiech przechodnia był jeszcze szerszy. 
Nie, to nie znaczy, że jestem przeciwniczką zasłaniania się pieluszką podczas karmienia. Sama karmiłam swoje dzieci piersią także w miejscach publicznych, używając przy tym pieluszki, a jakże! Tylko moje dzieci nie lubiły żadnego zasłaniania i  regularnie tę pieluszkę zrzucały. 
Mnie zbulwersowało to, że Pan  sugeruje, że głównie to ja mam dbać i myśleć o tym, by nie przerazić kawałkiem mojej piersi oraz dzieckiem do niej przyczepionym jakieś obce osoby. Dbać o uśmiech innych, a nie o zaspokojenie głodu dziecka. Ciekawa jestem, czy ci uśmiechnięci ludzie ( i Pan również) zakrywacie się pieluszkami bądź szalami podczas jedzenia w restauracji, by nie sprawić mojego lub innej matki karmiącej zniesmaczenia widokiem "rozciapanego" jedzenia  wokół talerza i pod stołem, bym nie musiała patrzeć, jak z ust wycieka ketchup lub majonez i wypada sałata... Bym nie musiała słyszeć bekania i innych odgłosów...

"Niestety istnieje drugi typ karmiących kobiet. Może ktoś poczuć się urażony i dotknięty, ale jest to moje zdanie, zdanie blogującego taty ;) Uważam, że w większości są to mamy z „trójką dzieci”, którym wszystko jest obojętne. To już nie kobiety, które dbają o swoją subtelność. Wywalą cyca i mają resztę osób głęboko gdzieś. Nieważne czy się jest akurat na randce z ukochaną, musisz czasem na to patrzeć, nieważne czy jedziesz autobusem i naprzeciwko ciebie odbywa się pokaz karmienia, nieważne czy jesz obiad w knajpie…". 
Drogi Panie, no właśnie tak to już jest, że jeśli nie mieszka się na pustyni, to trzeba wziąć pod uwagę, że czasem musimy patrzeć na różne osoby i sytuacje, które dla nas niekoniecznie są estetyczne i piękne jak Pańska karmiąca Żona. Musimy przechodzić koło śmierdzącego pijaka, kopcącego palacza, grubasa i chudzielca lub  rudej albo łysego. 
To, co Pan robi w knajpie, jest dokładnie tym samym co ten "pokaz karmienia" - zaspokajaniem najzwyklejszego w świecie głodu. Z tym, że Pan jest na tyle dużym chłopcem, że czasami może ten głód "przeczekać", a taki maluch zapewne włączy syrenę tak głośno, że po 5 minutach będzie Pan błagał kobietę, by "wywaliła cyca" i wreszcie "zatkała" malcowi usta.
Do kurki wodnej ( lub jak kto woli "o, Święty Barnabo!)! Powoli sprawimy, że najbardziej naturalna czynność, jaką jest jedzenie, stanie się tak wstydliwa, jak pokazał to Luis Buñuel w swoim filmie "Widmo wolności", kiedy to na przyjęciu goście siadają na sedesach, zaś wstydliwa czynność jedzenia  odbywa się w małym zamkniętym pomieszczeniu. To groteskowe odwrócenie  naszych społecznych zachowań pokazanych przez Buñuela miało pokazać, do jakiego absurdu doprowadzamy wstyd związany z najbardziej naturalnymi czynnościami.  
Paradoksalnie ja tę groteskę przeżyłam na własnej skórze, kiedy to chciałam w pracy odciągać pokarm dla Córki. Okazało się, że nie mogę tego robić w pokoju socjalnym, ponieważ po pierwsze: ludzie tam jedzą, a po drugie: mogą być zawstydzeni, zniesmaczeni, lub może być dotknięte ich poczucie estetyki. Nie wchodziła w rachubę możliwość zamknięcia na przykład na 10-15 minut pokoju socjalnego, gdyż w tym czasie ludzie mogliby wyschnąć z pragnienia lub - co gorsza - umrzeć z głodu. Zaproponowano mi zatem odciąganie pokarmu... tak, tak... w ubikacji. W śmierdzącym często kiblu. I nie będę Panu pisała, co wtedy czułam, ile razy  zbierało mnie na wymioty, gdyż kultura korzystania z ubikacji jest w naszym kraju na jeszcze niższym poziomie niż jedzenia...

Życzę Panu smacznego... i samych miłych, pięknych oraz estetycznych widoków na ulicy  - bez cyców i "dojnych krów" z trojgiem dzieci.
Jagodzianka.

* cytaty z posta blogującego taty.