Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 stycznia 2017

{z cyklu} 1 2 TOPICS : 1. UCZUCIA: zaduma

Dzień dobry się z Państwem.
Zdecydowanie uczucie zadumy towarzyszy mi często, bo jest tyle powodów, by się zamyślić, by ulec refleksji. Obecnie tych powodów jest jeszcze więcej do zadumy... bo zaduma to jednak - choć subtelne uczucie - to jednak związane ze smutkiem...
Towarzyszy mi od dawna. Z W od urodzenia czytaliśmy dzieciom, najpierw wierszyki: ja po polsku, on po angielsku. Potem czas przyszedł na bardziej obszerne literacko formy.  
Kiedy Jagna zaczynała czytać, mała skończone 6 lat. W związku z pójściem do polskiej szkoły na obczyźnie, musiał przez wakacje przeczytać 2 dłuższe lektury. A ponieważ matka  Jej, co to perfekcyjną nie jest - postanowiła, że dziecię czytać będzie samo, nie zaś przez matkę ową, to nastąpił pewien bunt. Trochę mnie to zmartwiło ,bo wydawało się, że w domu, gdzie książka jest jak chleb - obowiązkowo, to dlaczego nie ma w mej Jagnie tej miłości do słowa pisanego? Teraz po latach myślę sobie, ze to był wynik Jej rogatej natury - MUSIAŁA czytać, a ona NIE LUBI MUSIEĆ. W każdym razie teraz jest sytuacja diametralnie inna... moja starsza latorośl je, oddycha, bywa koniem, czasem się napoi ( nasza zmora!) i ...czyta, czyta, czyta.
Dość zabawny obrazek był w czasie Wigilii, po rozdaniu prezentów. Pokój z rozpakowanymi grami, jakimiś zabawkami a Jagna pod stołem z książką ( od której oderwała się zresztą tuż przed północą gdyż ja skończyła) i Frank na podłodze przewracający karty wymarzonej książki.
Dlaczego czytam? Bo lubię zapadać w zadumę, lubię rozmyślać o ludzkich losach, o tym, co spotkało bohaterów i jaki wpływ owe zdarzenia miały na ich późniejsze życie, postrzeganie świata, decyzje. Lubie wnikać w umysł postaci.  Lubię również taki lekki świat przedstawiony, niezbyt skomplikowana historyjkę, bo one pozwalają mi..marzyć, zamyślić się nad własnym życiem, własnymi marzeniami, własną drogą.
 Ja dzisiaj, korzystając z okazji, że dzieci zostały wyekspediowane, zaś W - że tak powiem - odczuwał skutki bycia świeżo upieczonym czterdziestolatkiem, sięgnęłam po wspomnienia Zbigniewa Korpolewskiego o Hance Belickiej. I muszę Wam powiedzieć, że już początek lektury "wysłał mnie od świata zadumy", rozmyślań o tym jak było dawniej, jak inaczej była pojmowana kultura w ogóle, zaś kultura osobista  wyznaczała pewne kanony postępowania, używana odpowiedniego słownictwa... Zaś wspomniani wielcy tamtych lat jak chociażby Kazimierz Rudzki, opowieść o  powojennym teatrze, zwyczajach... Tak bardzo się zamyśliłam. Ze smutkiem stwierdziłam - zresztą po raz kolejny - że mimo iż świat się zmienia,  każde czasy maja w sobie coś "fajnego", wyjątkowego ,to jednak brakuje mi tamtej wrażliwości, tamtej kultury, tamtego spotkania z człowiekiem. A przede wszystkim tamtej sztuki - inteligentnej, skierowanej do inteligentnego odbiorcy i tak tego odbiorcę traktującego. A nie jak panią Grażynkę i pana Stefana, dla którego tworzy się "szoły" o rolnikach szukających żon ( "taś, taś, gdzie żono jesteś?"). Zaś prezes telewizji nie zapewniał, że "majteczki w kropeczki" to utwory muzyczne i do tego warte promowania oraz szerzenia wśród tzw. narodowej publiczności..
Tylko powrót dzieci osobistych mnie oderwał od tamtego świata.... Pozwólcie zatem, że i teraz wrócę jeszcze tak na godzinkę, do spotkania z Hanką Bielicką... Ale do świata książek, spotkań  z literaturą a nawet pisarzami jeszcze będę nawiązywała nieraz w swoich postach.



Do widzenia się z Państwem,
Jagodzianka.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

WĘDROWNIK PO FRANCARII: {z cyklu} POLKI NA OBCZYŹNIE: SŁAWNI LUDZIE

Bonjour.
Post ten jest związany z majową edycją KLUBU POLEK NA OBCZYŹNIE, w której dzielimy się z Wami naszą wiedzą o słynnych ludziach z krajów, w których żyjemy.
Dzisiaj chciałabym Was zaprosić na spotkanie z dziesiątką sławnych Francuzów. Ale to bardzo subiektywny wybór, bo związany jest z moim i W. gustem oraz zainteresowaniami muzyczno-literacko-filmowymi ( które są, nota bene, bardzo zbieżne). Kolejność nieprzypadkowa, ponieważ alfabetyczna wg imion.

1. Audrey Tautou. Ja nie wiem, czy komuś trzeba przedstawiać tę aktorkę. Jest ona niezwykła, może dzięki temu że grała w niezwykłych filmach? I zrobiła to rewelacyjnie? Ja nie wiem, czy napisze coś o niej nowego i mądrego. Myślę, ze nie tylko Jej gra,ale i niesamowita uroda sprawiły, że tak świetnie zagrała w filmie "Amelia", o którym jeszcze dzisiaj wspomnę. Inne produkcje, za które Ja podziwiam, to : , "Coco Channel". Myślałam jeszcze o "Kodzie da Vinci". Hmmmm. pierwszy raz chyba film bardziej podobał się mi niż książka, ponieważ nie było w nim nic nie wnoszących dłużyzn, ale za to było kilka epizodów naciąganych... jak to w filmie. 
2.Boris Vian. To kontrowersyjny pisarz, który dość wcześnie zmarł na atak serca, bo w wieku lat 39. Tworzył także pod pseudonimem Vernon Sullivan. Z wykształcenia inżynier, z zamiłowania muzyk jazzowy (grał na trąbce) świetny choć jak na powojenną Francję - bardzo skandaliczny pisarz.Warto wspomnieć, że tworzył prozę w klimacie surrealizmu, "pure nonsensu", świetnie bawił się słowami, tworzył błyskotliwe dialogi. 
"Jesień w Pekinie" to jego najbardziej znana powieść, pełna humoru, opisująca historię budowania kolei na pustyni. Całość składa się z niesamowitych skojarzeń, zaskakujących wręcz, doskonałego "czarnego humoru", aluzji.
Inne powieści warte przeczytania to: " Awantura w Stogach", "Blues dla czarnego kota. Opowiadania", "Napluję na wasze groby" ( napisana pod pseudonimem Vernon Sullivan).

Roland d’Ursel - Portrait de Boris Vian, ca. 1950

3. Dany Boon to tak naprawdę Daniel Hamidou, ale przyjął pseudonim od bohatera amerykańskiego serialu. To francuski komik, aktor, ale i reżyser. Na początku swej kariery imał się pracy jako rysownik. Swoim filmem " Jeszcze dalej niż Północ" podbił moje serce. Doskonała, pełna humoru komedia. rewelacyjnie pokazująca stereotypy, jakimi kierują się ludzie, a dokładnie o stereotypy o Francuzach z północnej Francji. Więcej na temat tego filmu napisałam TUTAJ. Dodam tylko, że dzięki temu filmowi został Dany okrzyknięty we Francji megagwiazdą.
Ten człek ma niesamowitą twarz, mimikę. Świetnie gra role komediowe, o czym przekonałam się oglądając również oglądając go w filmie " Bazyl. Człowiek z kulą w głowie". Jeszcze o tym filmie będzie więcej słów troszkę niżej ;).
Dany Boon-IoO.jpg

4.  Georges Brassens. To nieżyjący już francuski bard, poeta i kompozytor. Zdobył on popularność po trzydziestce ( zawsze mówiłam, że dopiero wtedy zaczyna się życie ;)), kiedy to wystąpił na paryskim Montmartre w kawiarence piosenkarki Patachou. Ona to zaśpiewała kilka  kompozycji Brassensa, a następnie go przedstawiła publiczności.  Wtedy zaczęła się jego kariera.  W 1967 roku otrzymał Grand Prix de Poésie Akademii Francuskiej. Komponował własne utwory, ale i pisał muzykę do tekstów Verlaine'a, Villona, Hugo, Aragona.
Jako ciekawostkę mogę Wam powiedzieć, że polski Zespół Reprezentacyjny, którego członkami są znany dziennikarz Jarosław Gugała oraz dziennikarz, pisarz, tłumacz i kiedyś aktor ( kto pamięta " Podróż za jeden uśmiech" albo " Stawiam na Tolka Banana"?) Filip Łobodziński (występował też w "Poszukiwany, poszukiwana" Barei ;)) wykonują utwory właśnie Georges'a Brassens'a.

5. Irène Jacob. Nie mogę o niej nie wspomnieć, gdyż aktorkę tę kocham miłością wielką przede wszystkim za rolę w filmach Krzysztofa Kieślowskiego: "Podwójne życie Weroniki" i w "Trzy kolory. Czerwony". Zagrała tam rewelacyjnie i za to ją wielbię i podziwiam.
<strong>Jacob Irene</strong><br /><br /><span class="text_violet"><b>Na zdjęciu:</b></span><br /><span style="font-weight: normal;">Jacob Irene - aktorka</span>


6. Jean - Michel Jarre. Gdybym o nim nie wspomniała, podejrzewam, że mój W. rozwiódłby się ze mną bądź w najlepszym razie nie odzywał przez jakieś 10 lat. Ja tam się wychowałam na punku i J. M. J. nie słuchałam, ale umówmy się - chyba nie ma osoby, która nie znałaby jego słynnego "Oxygene". W kilku zdaniach. Człowiek ten uważany jest za twórcę muzyki elektronicznej "dla wszystkich". Kilkakrotnie podbił rekord Guinnessa za największą ilość ludzi na koncertach.
W 2005 roku dał 2,5 godzinny koncert dla upamiętnienia 25 rocznicy Solidarności,. 
Jego nazwiskiem została nazwana jedna z planetoid.
Jego występy to prawdziwe show!
W 1971 r. występuje w paryskiej operze, by uczcić jej ponowne otwarcie. Jest najmłodszym w historii opery tam artystą występującym na żywo. 
Resztę, czego nie dopowiedziałam, dosłuchajcie;)
Jean-Michel Jarre

7. Jean-Pierre Jeunet. Nie mogłabym przemilczeć milczeniem tegoż reżysera, bo jego cudowna "Amelia" zdobyła serca milionów i stał się najbardziej popularnym francuskim filmem poza Francją . Moje serce podbił także. I mojego W. Byliśmy właśnie w Paryżu i widzieliśmy knajpkę, w której pracowała Amelia - ach, dziś chyba ponownie obejrzymy film. A kto nie widział, niech nie popełnia życiowego błędu i natychmiast go naprawia. Co niezwykłego jest w tej produkcji?
To historia dziewczyny, która dzieciństwo spędziła o izolacji od rówieśników, ale swe dorosłe życie zaczęła od pracy w knajpie na paryskim Montmartre. Jej życie odmieniło znalezione przez przypadek pudełko ze skarbami z dzieciństw dorosłego już mężczyzny, które postanowiła mu oddać. Widząc wzruszenie tegoż człowieka, postanawia uszczęśliwiać ludzi. Cudowna, kolorowa, pełna optymizmu, pozytywnych wibracji historia. Cudowne zdjęcia, piękna Audrey, rewelacyjny klimat, świetny humor...
Drugim filmem, wartym obejrzenia, jest "Bazyl. Człowiek z kulą w głowie" z rewelacyjną i wspomnianą wcześniej rolą Dany'ego Boon'a. To historia człowieka, który został postrzelony w głowę. Każdy dzień traktuje jako ostatni, ponieważ może go nie przeżyć w uwagi na tę kulę. Postanawia zatem zemścić się na producentach broni. Pomagają mu w tym osobliwi dość przyjaciele - kloszardzi. Rewelacyjne role znanych  francuskich aktorów takich jak: Dominique Pinon,  Julie Ferrier czy Yolande Moreau.


8. Marc Caro. Dziękuję Ci, Marc, że spotkałeś na swej drodze w.w. Jean-Pierre Jeunet i potrafiliście razem  stworzyć takie filmy! Tworzą filmy w klimacie retro, dobierają aktorów o "ciekawych gębach", korzystają z obiektywów szerokokątnych, by uzyskać niesamowity klimat filmu poprzez zniekształcenia. To filmy pełne "czarnego humoru". Mowa tu o "Delicatessen" i "Miasto zaginionych dzieci".
Filmy te charakteryzują się humorem, niesamowitymi kreacjami aktorskimi, baśniowością, często zawiłymi scenami oraz wyjątkowym klimatem. 
9. Roland Topor. To człowiek orkiestra  polskiego pochodzenia. Był pisarzem, dramaturgiem, reżyserem, aktorem oraz scenarzystą i scenografem. Jego utwory są pełne surrealizmu, czarnego humoru oraz groteski. Jego utwory zawierają elementy pure nonsensu, pisarz bawi się konwencjami a zarazem jego główną problematyką utworów jest egzystencjalizm. 
Zapewne warto sięgnąć po takie zbiory opowiadań jak: "Cztery róże dla Lucienne" czy "Najpiękniejsza para piersi na świecie".
Jak ciekawostkę Dropsa mogę Wam powiedzieć, że utwór Kazika "Nie mam nogi" powstał pod wpływem opowiadania Topora " Bez nogi".
Roland Topor
10. Samuel Beckett. To bardzo ważny dla mnie dramaturg, który bardzo wpłynął na moje postrzeganie literatury, sztuk, gdy uczęszczałam do szkoły średniej. Mimo że uznany jest za irlandzkiego twórcę, bo tam też się urodził, to jednak jego przodkami byli francuscy hugenoci i większość swego życia spędził w Paryżu, zaś o 1945 r. pisał swoje utwory w języku francuskim i dlatego pozwolę sobie o nim napisać. Brał on czynny udział we francuskim ruchu oporu, zaś w 1969 r. otrzymał Literacką Nagrodę Nobla. W twórczości Becketta miejsce i czas nie mają znaczenia, bo istotny jest dramat człowieka - samotnego, wyobcowanego. To, co jest ważne u bohaterów dramaturga, to ich nadzieja i wiara, co jest bardzo widoczne w dramacie" Czekając na Godota" czy w ""Końcówce".
Samuel Beckett
źródło

Do widzenia się z Państwem,
Jagodzianka

środa, 14 maja 2014

BZDURKI SPOD KLAWIATURKI: SPOTKANIE O ZAPACHU GROSZKU: LILKA

Bonjour.
Myślałam, że napiszę parę słów na tematy, które od jakiegoś tygodnia rządzą internetem, ale sobie pomyślałam, że w ramach mojej próby radzenia sobie z przeciwnościami losu, nie będę zajmowała się ludźmi, których znam tylko powiedzmy "ze szklanego ekranu" i dla mnie nic nie znaczą, ani tymi, którzy mnie zranili lub ranią. Przecież to nie oni są w centrum mojego życia. Czy w ogóle w życiu każdego człowieka. W każdym razie być nie powinni. Myślę, że trzeba się skupić na tych, którzy coś w nasze życie wprowadzają: pozytywnego, rozwijającego, optymistycznego. 
Poznałam Ja przypadkiem w internecie na jednym z for  o rękodziele. Potem fora się zmieniły, ja zmieniałam "przestrzeń wirtualną", aż pewnego dnia Ona od mnie napisała maila. Kojarzyłam Ją po nicku, pamiętałam kilka prac. Chciała przeprowadzić ze mną wywiad do gazety, gdyż bardzo lubi to, co robię. Oczywiście, taki komplement podniósł moje ego do 3 piętra i urosłam jakieś 15 cm. To miłe, zwłaszcza jak się ma ciągle przeświadczenie, że te prace są takie niedoskonałe. Miło mi było ogromnie. Pogadałyśmy sobie troszkę. Umówiłyśmy na rozmowę. Ale, niestety, nastąpiły zmiany i "gwiazdą prasy nie zostałam". Ale Ona nie dawała za wygraną. Po jakimś czasie znowu zaproponowała mi wywiad. Ale zanim to nastąpiło, pomyślałam, żeby więcej się o Niej dowiedzieć. Podreptałam zatem do Wujka "Gugyl" i ...dowiedziałam się, że mam do czynienia nie tylko z dziennikarką, ale i ...pisarką! Tłumaczy też głównie z angielskiego wiele książek, m.in.  serię o przygodach Martynki.
Przez skromność nic nie powiedziała mi, że jest TĄ LILKĄ FABISIŃSKĄ.

Ostatnio czytałam wypowiedzi wielu ludzi, którzy powiedzieli, że kupują książki często z uwagi na ...okładkę. Nie ukrywam, gdybym miała się tym kierować, nie kupiłabym tej pozycji. Takie zdjęcie na mnie nie robi wrażenia. Ale jako że się kieruję autorem, kupiłam.
"Z jednej gliny" to historia czterech przyjaciółek, które... spotykają się raz w tygodniu w NORCE NORY na warsztatach z ceramiki. Te spotkania są nie tylko rozwijaniem pasji,  terapią na problemy codzienności,  ale właśnie chwilami, gdy poznają siebie, otwierają się i rozmawiają o swoich troskach. Tajemniczości dodaje fakt, że warsztat ten należał do męża Nory, który zniknął w tajemniczych okolicznościach. Zaś Leny przychodzenie na warsztaty owiane jest intrygującym powodem. Marta pragnąc mieć wreszcie dziecko jest w stanie zrobić wszystko. Nawet jechać w dość kontrowersyjnej pozie do kliniki. Tylko ta policja... Jak zwykle ona zamiast zająć się przestępcami, nie rozumie, że CZASAMI tradycyjne siedzenie nie jest wskazane. Nawet w samochodzie. A Gośka? Właśnie...  Jak to jest, że czasami ludzie potrafią innym pomagać, fantastycznie zorganizować czyjeś życie, znaleźć pięćset rozwiązań na problemy innych, tylko sami sobie pomóc nie potrafią?
Lekka, łatwa i przyjemna lektura. Taka babska. Do pośmiania i wzruszenia.

Lilka jest także autorką książek dla dzieci i młodzieży. W sobotę postaram się Wam powiedzieć, jakimi pozycjami skradła serce mojej Jagny...

*** 

No dobra. Skomentuję to, co ostatnio czytam w necie: to poruszenie, zgorszenie, łzy z powodu poczucia klęski, przegranej, oburzenia, strachu przed ludźmi z brodą i sukience i stek wyzwisk pod jego adresem. Nie będę dużo o tym mówiła. Tylko spuentuję fotografią...
źródło

UWIELBIAM ICH: W SUKIENKACH, SPÓDNICZKACH, Z WAŁKAMI I WĄSAMI! 


Do widzenia się z Państwem,
Jagodzianka

sobota, 3 sierpnia 2013

SOBOTA POD KULTURALNĄ CHMURKĄ : PO PIĘĆDZIESIĘCIOKROĆ WARTO PRZECZYTAĆ NA PLAŻY!

Bonjour.
Wakacje to taki czas, gdy można sobie wreszcie  przeczytać zaległe lektury na plaży. Relaks, gorące słońce, plażowy piasek, szum fal i słodki zapach lasu rozgrzewa umysły,.. Pobudza żądzę...  
Gdy czytam, że jakaś nowość czy to filmowa czy też literacka stała się klasykiem zanim została wydana albo, że oszalały na jej punkcie tysiące, to podskórnie wyczuwam, iż jest to jedynie "chłit marketingowy". Już ci od reklamy wiedzą, jak przedstawić produkt, by tłumy dostały bzika na jego punkcie. 
Ja zatem jako zodiakalny byczek staję przed takim bestsellerem okoniem ;)
No, chyba że taką rewelację dostanę od Magdy Jacoolowej na przykład...
Wzięłam tę książkę ze sobą na urlop. Pomyślałam, że zmierzę się z utworem, który zawładnął chyba najbardziej amerykańskimi kobietami, aczkolwiek nie jestem tego pewna.
Tak, mówię/piszę o "Pięćdziesięciu twarzach Greya" E. L. James.
Młoda  Anastasia Steel przez przypadek poznaje przepięknego, przystojnego o zjawiskowej urodzie Christiana Greya.  Ona - niewinna jak i naiwna dziewica, on - szalenie bogaty z mroczną przeszłością i z potrzebą kontrolowania innych. I jeszcze z potrzebą seksu. Różnego seksu. 
Ona mu ulega, bo jest piękny. Nieziemsko piękny. On jej pożąda zawsze i wszędzie, a szczególnie, gdy ta przygryza dolną wargę...
Powieść ocieka seksem. Ona rozpada się na tysiące kawałków, on śmiga ją biczykiem dla przyjemności własnej i jej.
Mimo tej tendencyjności czytałam tę książkę jednym tchem... Czyżby było to arcydzieło literackie?
Daleka jestem od takiej oceny. I zastanawia mnie to szaleństwo na punkcie tej książki. 
Owszem, temat erotyczny przyciąga czytelnika, opisy mogą wpływać na wyobraźnię -oj, mogą! Choć jednocześnie czasami wzbudzają śmiech. Kobieta, która pierwszy raz idzie do łóżka z facetem i przeżywa kilka orgazmów... Echchch... Tak... Szczęściara...
To, co mnie rozśmieszyło, czy też uznałam za naiwne w tej lekturze, to takie schematyczne pokazanie postaci Anastasii. Typowa niewinna, w wielu sprawach nieuświadomiona dziewica, marząca o rycerzu na białym koniu, posiadająca kilku adoratorów, ale traktująca ich jedynie jak przyjaciół. Jeden, co prawda, próbował siłą dobrać się do niej, ale Christian ją oczywiście obronił, a ona wspaniałomyślnie przebaczyła mu tę napaść. Mało tego! Kobieta żyjąca w XXI wieku, mając 21 lat, musi dowiedzieć się od swojej przyjaciółki bardziej doświadczonej w sprawach damsko - męskich, że na randkę należy się ogolić tu i tam ( to "tu" to są nogi!), zaś jej niechęć do laptopa,  znajomość  jedynie podstawowej obsługi tegoż ma na celu chyba jedynie pokazać, jakaż ona niewinna i nieświadoma. To trochę było żenuła... ale...
Kiedy na tylnej okładce książki przeczytałam, że ma być ekranizacja powieści, zaczęłam się zastanawiać, kto zagra Greya. bo  - muszę przyznać - że trudno sobie wyobrazić tego bohatera podczas czytania lektury. On jest niewidzialny, A jedynie, co o nim wiadomo, to fakt, że jest niesamowicie przystojny. Piękny i zjawiskowy. No ,wypisz, wymaluj jak mój W., normalnie ;)
Czy polecam tę książkę? Czy jest rewolucyjna w temacie, który został w niej podjęty? 
Czytałam, chociażby "Pamiętniki Funny Hill" czy też "Teleny" pisane doprawdy jakieś 200 lat i więcej temu. Seks był tam podjęty niezwykle odważnie a to był XVIII i XIX w.! Temat zatem nie jest nowy. 
Język utworu? A raczej przekład - żadne mistrzostwo świata. Potoczny, bez finezji. Anastasia, to chyba zabieg autorki (tłumaczki), by podkreślić jeszcze bardziej niewinność bohaterki, jako przekleństw używa zwrotów: "kuźwa do kwadratu" albo "kurka wodna", a już  wyrażenie "o, święty Barnabo!".bywa kuriozalne.
Czy polecam Wam tę lekturę?
Tak! Jak najbardziej! Dlaczego? Bo nie widzę w tymi nic złego, by na wakacjach przeczytać coś lekkiego, niezbyt wysokich lotów. Bo fajnie powiedzieć mężowi, że Chrisrtian Grey to zrobiłby to tak, albo inaczej Albo wysłał po mnie helikopter lub kupił nowiutki laptop. Albo wycałował każdy milimetr mego ciała...

***
 Dzieci mają to do siebie, że poleceń "posprzątaj", "nie hałasuj" lub " zachowuj się ciszej" nie słyszą. Bez względu na to, ile decybeli na te przekazy używamy. Ale choć byśmy  szeptem mówili o swoich dorosłych sprawach, to słyszą wszystko. 
Czytając książkę o Christianie, od czasu do czasu nawiązywałam o nim w moich rozmowach z W.
Ja: W. pomasuj mi stopy.
W.: I co jeszcze?
Ja: I zrób mi cień.
W.: I co jeszcze?
Ja: I wachluj mnie, podając od czasu do czasu wino schłodzone.
W.: Jasne, bo mam tyle rąk.
Ja: Ach., mieć mężczyznę o ośmiu dłoniach...
Jagna: ... jak Christian Grey?

Czy to wakacje, czy też omówiona dzisiaj lektura, a może jeszcze inne obserwacje sprawiły, że i ja trochę zaszalałam. Zrobiłam się odważna. Poszłam dziś do fryzjera...

Pozdrawiam,
Jagodzianka.

sobota, 22 czerwca 2013

SOBOTA POD KULTURALNĄ CHMURKĄ - "TRZEPOT SKRZYDEŁ"

Bonjour.
Pamiętam, że kiedy byłam w ciąży z Jagodą zaczytywałam się w kryminałach. Mało tego! Nawet w telewizji oglądałam seriale przede wszystkim o tej tematyce . Nie umiem tego wytłumaczyć, ale tak było.
Z Franiem jednak miałam inaczej. Przede wszystkim miałam ogromny spadek intelektualny, dlatego prawie każde słowo pisane sprawiało mi ból... To nie znaczy, że nie czytałam.  Wręcz przeciwnie! Tylko szukałam lektur na swoim poziomie: lekkich, łatwych i przyjemnych.
Jak zatem zobaczyłam w bibliotece powieść Katarzyny Grocholi "Trzepot skrzydeł", ucieszyłam się, że poczytam coś fajnego (przepraszam za to określenie), "babskiego".
Zasiadłam wieczorem do lektury... i po kilku stronach wiedziałam jedno: nie jest to lektura  ani zabawna, ani lekka. Czytałam ją przez prawie całą noc. Nie mogłam przestać.
Powieść ma charakter listu pisanego przez główną bohaterkę Hankę, która odtwarza w nim swoją historię. Z pozoru szczęśliwa kobieta, która ma udane małżeństwo, pracę, dom. Mąż, który jest czarujący i szarmancki na imprezach, w domu... staje się potworem znęcającym nad swoją żoną. Gnębi ją psychicznie, potem fizycznie, zaś swoim zachowaniem i słowami stara się wzbudzać poczucie winy w Hance. 
W powieści doskonale pokazane jest, jak takie toksyczne osoby niszczą drugiego człowieka, sprawiają, że te zaczynają się zamykać w sobie, rezygnować ze swojego świata, by tylko uszczęśliwić partnera, który, nota bene, i  tak będzie zawsze miał powód do wyrzutów.
Gdy Hanka chciała spotkać się z rodziną bądź znajomymi, to przed wyjściem słyszała zbolały głos ukochanego, że zostaje sam, czuje się taki samotny, a koleżanki są dla niej ważniejsze od niego. Kilka takich sytuacji sprawiło, że przestała wychodzić, aby nie zostawiać męża w domu samego, by nie było mu przykro. 
Ciągłe pretensje, przemoc wobec głównej bohaterki rodzą w niech strach przed każdym kolejnym dniem. Nawet boi się do kogokolwiek dzwonić, by linia nie była zajęta, gdy ukochanemu mężowi zachce się zadzwonić do domu. Siniaki kryje pod makijażem, "uśmiech szczęścia na pokaz" ma opanowany perfekcynie. Z jednej strony jest nieszczęśliwa, przerażona, z drugiej strony - nie potrafi się uwolnić od tego mężczyzny. To jego traktowanie jej sprawiło, że uwierzyła, iż bez niego jest nikim, a życie w samotności jest niemożliwe.
Uwielbiam powieści psychologiczne, a tę polecam szczególnie, gdyż Grochola bardzo głęboko weszła w świat Hanki: jej uczuć, myśli. Skupia się przede wszystkim na pokazaniu jej sposobu myślenia i działania. Grochola świetnie i celnie ukazuje charaktery bohaterów. Pisze łatwo, płynnie, ale jednocześnie zmusza do myślenia, zastanowienia się. nad relacjami międzyludzkimi. Bo czasami myślimy, że przemoc pojawia się jedynie w rodzinach patologicznych, gdzie alkohol rządzi. A tu okazuje się, że jest inaczej...
Czy jednak Hanka postanowi skończyć tę gehennę,? Czy pojawi się moment w jej życiu, gdy powie nie i postanowi rozwinąć swoje skrzydła? Do kogo Hanka pisała ten list? 
Na te pytania już Wam odpowiedzieć nie mogę...
Jagodzianka.

środa, 5 czerwca 2013

DZIEŃ TRZECI - ULUBIONA KSIĄŻKA

Bonjour.
Obawiałam się tego tematu i nie z powodu tego, że nie miałabym nic w nim do powiedzenia, bynajmniej. Ja się boję, ze jak zacznę... to nie skończę. Będę się zatem biła po łapkach, kiedy dostrzegę, że za dużo wbijam tych literek z klawiaturki...
W swoim życiu przeczytałam bardzo dużo i ze względu na wielką miłość do drukowanego słowa i z uwagi na swe studia, które ukończyłam lata świetlne temu. 
Bywało, że będąc u Babci na wakacjach, zamiast się bawić na tzw. polu, ja siedziałam na pięterku zwanym "górką" i czytałam, czytałam, czytałam.
Nie mam ulubionej książki, mam za to taki powiedzmy TOP 10 (pac! po łapkach) TOP 5 tych książek, które wywarły na mnie ogromny wpływ. Mam nadzieję, że się zmieszczę.
1. "Dzieci z Bullerbyn" A. Lindgren, o których wspominałam nieraz. To właśnie ta lektura sprawiła, że pokochałam literaturę miłością wielką i nieskończoną.
2. seria"Jeżycjady" M. Musierowicz - moje nastolęctwo naznaczone jest cała serią tych książkami o tej rodzince i to właśnie historie rodziny Borejków a może raczej ich postawa, światopogląd bardzo wpłynęły na późniejsze me postrzeganie świata: miłość do literatury, interesowanie się różnymi dziedzinami sztuki jak i nauki. Stawianie jednym słowem na głowę i serce...
3. "Portret Doriana Graya" W. Blake'a - to była moja pierwsza poważna i samodzielnie wybrana lektura, która niezwykle wpłynęła na moją wyobraźnię i na pewno potwierdziła przekonanie, że w życiu należy kierować się uczciwością i dobrem. I jeszcze jedno: należy dążyć do swego szczęścia i spełniania pragnień...
3. "Demian" H. Hesse - niesamowitym językiem napisana powieść, pełna pięknych wskazówek dotyczących życia, głęboko humanistyczna. Dla mnie magiczna. Czytałam ją chyba z 20 lat temu i do tej pory mam ją w sercu.
4. "Idiota" F. Dostojewskiego - pisarz ten jest moim mistrzem nad mistrzami, a jego twórczość poznałam "wzdłuż i wszerz". Dlaczego właśnie tę powieść wybrałam spośród wielu innych? Może dlatego, że bohater przypomina mi trochę siebie samą: osobę, która stara się być prawdomówna a przy tym jest naiwna, bo wciąż wierzy w dobro, w ludzi, chce dostrzegać piękno tego świata, a nie tylko jego złe stron, mimo że właśnie te cienie ją bardzo denerwują i o tym częstokroć głośno mówi. A to nie jest mile widziane... 
Dostojewski w swych utworach dokonuje wspaniałej analizy psychologicznej człowieka i to jest to, co uwielbiam najbardziej zarówno w powieściach jak i w filmach. "Grzebanie" w ludzkiej psychice, rozkładanie na czynniki pierwsze motywów działania... Dostojewski jest w tym mistrzem.
5. "Mistrz i Małgorzata" M. Bułhakowa. Ten utwór jest genialny: mistycyzm, niejednoznaczność, magiczna, ale i trudna. To powieść szkatułkowa, która odnosi się do wielu dzieł literatury światowej, ale dla mnie znowu ważny motyw: filozoficzne ukazanie walki dobra ze złem, ale również ukazanie radzieckiego absurdu i to, co jest dla mnie chyba najpiękniejsze, to niesamowita miłość tytułowych bohaterów...

Chciałabym jeszcze tyle tytułów wymienić, chociażby z polskiej literatury, ale staram się dbać o Waszą wytrzymałość i cierpliwość, dlatego już zastopuję.
Na zdjęciu, niestety, nie będzie przedstawionych powyżej pozycji, ponieważ, gdyż, albowiem zostały one w Polsce.
Na pierwszym miejscu zaś teraz...lektura obowiązkowa czy się chce czy nie;)

Jeżeli jakimś przypadkiem/cudem ( a dla mnie ogromną radością) znalazły się Osoby, które jednak chciałyby poznać moje opinie/recenzje na temat dzieł literackich, które przeczytałam i uważam za warte poznania, zapraszam do sobotnich postów z cyklu "SOBOTA POD KULTURALNĄ CHMURKĄ", w których to podzielę się z wami własnymi wrażeniami filmowo - literackimi.

Ciekawa jestem, co polecają inni Uczestnicy zabawy,
Jagodzianka.

sobota, 25 maja 2013

SOBOTA POD KULTURALNĄ CHMURKĄ - O NORWIDZIE SŁÓW KILKA...DZIESIĄT...

  Bonjour.
Pamiętam dokładnie, kiedy zafascynowałam się twórczością C. K. Norwida. Byłam wtedy w ósmej klasie i "przerabialiśmy" wiersz "W Weronie". Natychmiast nauczyłam się go na pamięć, gdyż zachwycił mnie i niezwykle wzruszył. Ujął mnie w nim smutek a zarazem taka wiara w siłę uczuć, w metafizyczne odczuwane, widzenie świata.
Czasami sobie tak myślę, że historia Romea i Julii, choć wydarzyła się czy też została opisana wieki temu, to jest wciąż aktualna. Dziwi mnie to, że w XXI wieku, kiedy to wydawałoby się ludzie są tacy światli,  żyjący w zupełnie innej już obyczajowości, wciąż próbują wywierać wpływ na czyjś wybór partnera. Często też ignorują uczucia, a kierują się zyskiem i tzw. perspektywami. I od wieków sprawiają, że ktoś jest nieszczęśliwy w jakimś związku.

Pamiętam, że tego samego roku na wakacjach, kiedy pojechałam z Babcią do Cieszyna, poprosiłam Ją o kupienie mi tomiku poezji Norwida i całkowicie się w nim zaczytałam. Oczywiście, wiele utworów było dla mnie zbyt trudnych, bo miałam dopiero 15 lat i o romantycznej Polsce, jej sytuacji polityczno - historycznej niewiele wiedziałam. Ale i tak byłam zachwycona Jego twórczością, taką konsekwencją w działaniu, wyborze trudnej, samotnej drogi, żyjąc jednocześnie w świadomości o słuszności swej decyzji.
W jednym z moich ukochanych wierszy "klaskaniem mając obrzękłe prawice" wyznaje:
Dlatego od was… – o! laury – nie wziąłem
Listka jednego, ni ząbeczka w liściu,
Prócz może cieniu chłodnego nad czołem
(Co nie należy wam, lecz – słońca przyściu…).
Nie wziąłem od was nic, o! wielkoludy,
Prócz dróg zarosłych w piołun, mech i szalej,
Prócz ziemi, klątwą spalonej, i nudy…
Samotny wszedłem i sam błądzę dalej. 

Co prawda słowa te odnosiły się do naszych wielkich polskich wieszczy, ale były dla mnie cenną wskazówką, by dążyć swoją drogą, by negować głośno to, co winno być negowane, by nie bać się mówić, co się myśli, nawet za cenę znajomości czy przyjaźni. Bo jeśli ktoś bliski źle robi, oszukuje, popełnia karygodny błąd, a jednocześnie oczekuje, że ja będę "w imię znajomości", w imię solidarności przytakiwać, to ja dziękuję i rezygnuję.  Nie chcę udawać, że jest dobrze tylko dlatego, by nie robić komuś przykrości i to samo w drugą stronę. Nie chcę, by ktoś mnie poklepywał po ramieniu, a jednocześnie drugą ręką wbijał nóż w plecy lub mówił co innego, a co innego myślał o mnie czy tym, co robię.
 Tak sobie właśnie rozmyślam, że  z racji tego, iż ludzie coraz częściej nie są ze sobą szczerzy, milczą w sprawach, gdy milczeć nie powinni, nie umieją wyrazić swoich emocji, obaw, żali, to są coraz bardziej samotni. A swe żale i frustrację wylewają potem na portalach internetowych... Są też tacy, którzy sparzyli się w relacjach międzyludzkich  raz, potem drugi  i zaczynają każdego mierzyć tą samą miarą... A przecież każdy z nas jest inny, prawda? Może dziesięciu znajomych nas zawiodło, ale jedenasty okaże się prawdziwym przyjacielem?

Minęło dużo lat od mojego pierwszego spotkania z Norwidem i to, co teraz w Nim uwielbiam, to bardzo aktualne wciąż i trafne postrzeganie nas jako narodu... To gorzka ocena...  

Oto społeczność polska ! Społeczność narodu który, nie zaprzeczam, iż i ile jako patriotyzm wielki jest, o tyle jako społeczeństwo żaden. Wszystko, co patriotyzmu i historycznego dotyczy uczucia, tak wielkie i wielmożne jest w narodzie tym, że kapelusz zdejmam przed ulicznikiem warszawskim – ale wszystko to, czego nie od patriotyzmu, czego nie od narodowego, ale czego od społecznego uczucia wymaga się, to jest tak początkujące małe i prawie nikczemne, że strach wspomnieć o tym. (…) Jesteśmy żadnym społeczeństwem. Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym. (…) 
***
Polska jest ostatnie na globie społeczeństwo, a pierwszy na planecie naród.
***
Umiemy się tylko kłócić albo kochać, ale nie umiemy się różnić pięknie i mocno.

Szczególnie trafny i bardzo bolesny -dla nas rodaków -jest ostatni cytat. Ostatnio oglądałam wywiad z pewną znaną osobą. Wykształconą,  kiedyś zajmującą bardzo wysokie stanowisko w resorcie sprawiedliwości. Gdy słuchałam jej słów o innych ludziach, ocenę tychże, byłam przerażona.  Od razu przypomniałam sobie właśnie te słowa Norwida. Każdy, kto inaczej myśli, postępuje, wygląda, zaraz naznaczony jest przez Polaków. Zaraz będzie udowadniane, kto jest normą, zaś inaczej myślący to margines, który trzeba piętnować. Tym bardziej przerażało mnie to, że mówiła to osoba, która - wydawałoby się - posiadając wykształcenie, ma także kulturę osobistą i coś, co jest bardzo istotne: umiejętność dobierania słów, nie kierowania się emocjami podczas publicznej debaty. No, ale tu znowu zacytuję Norwida:
U nas energia wyprzedza zawsze inteligencję – i co pokolenie jest rzeź.
 Najpierw mówimy pod wpływem poruszenia, a potem zaczynamy się zastanawiać nad tym, co zrobiliśmy i co powiedzieliśmy... I chyba zabrnęliśmy za daleko... Upsss...

Nawet spotkałam się z tym, że na podstawie tego, jaki ma się  rodzaj poczucia humoru, następuje przez "Najlepszego Znawcę Tego Co Śmieszy I Jest Warte Uwagi" przeprowadzenie analizy osobowości - choćby czytelnika jakiegoś bloga. Tak było niedawno, kiedy to czytałam opowieści pewnej matki, która to w sposób bezpośredni, czasami bezpardonowy opisuje swoje perypetie życiowe, a głownie wychowawcze. Nagle zjawił się jakiś zniesmaczony czytelnik, który nie może zrozumieć, dlaczego tę blogerkę tak chętnie czytają inni. Przecież jest tyle innych ŁADNYCH blogów. I poczułam się, jak mała dziewczynka, której jakaś dobra pani mówi:  A nie lepiej pobawić się w tym czystym piaseczku? Zobacz ten jest taki brudny. Zaraz będziesz miała ubłocone rajtuzki. A nie wypada, żeby dziewczynka z tak dobrego domu chodziła "umorusana". 
A ja się chcę taplać w błotku, bo z niego można ulepić babki!

Norwid umarł po ciężkiej chorobie (wczoraj była 130 rocznica Jego śmierci), w zapomnieniu w przytułku dla bezdomnych. Jakiś WszechwiedzącyInternauta postanowił  skomentować życie poety i stwierdził, że o takich ludziach nie należy wspominać: bo to ani nie potrafią się utrzymać z tego swego pisarstwa, ani nic dobrego w życie narodu, tym bardziej do państwa nie wnoszą. Tacy budowniczowie, inżynierowie - to są bohaterzy.
 Nic bardziej mylnego! To tylko jeszcze bardziej pokazuje, jak nie zdajemy sobie sprawy, ile słowo pisane, MĄDRE słowo pisane może zdziałać w ludziach. To dzięki takim właśnie artystom  ludzie zaczynają dostrzegać więcej niż to, czy gary pozmywane, rachunki zapłacone. Słowa często rozpalają umysły, zagrzewają do działania, dodają wiary i otuchy. Uświadamiają, że może w życiu jest coś ważniejszego niż umyte naczynia. Że warto zamiast ciągłego narzekania, zacząć coś robić. To w nas samych siła sprawcza, która może odmienić nasze życie, sprawić, że będziemy bardziej szczęśliwi, spełnieni... Ale może po prostu te słowa choć na chwilę jedną przeniosą nas w innych świat i sprawią, że będzie nam dobrze... Po prostu dobrze...

Miało być dzisiaj też o filmie, ale wątpię, by ktoś dotrwał do końca... Nie będę zatem już więcej męczyła dzisiaj... 
 
 A gdyby ktoś chciał posłuchać utworu na podstawie wiersza "W Weronie", to zapraszam...

Pozdrawiam Was serdecznie i jako słomiana wdowa, dziś spędzę wieczór ioraz troszkę nocy przed komputerem, oglądając  jakiś lekki i przyjemny film... 
Jagodzianka.
  

sobota, 17 listopada 2012

GAR Z BIGOSEM, KAPUSTĄ I GROCHEM - "MOJE ŻYCIE WE FRANCJI" oraz ŚPIEWNY ALFABET: "A"

Bonjour.
Odkąd zaczęłam eksperymentować w kuchni  i przyrządzać dania bardziej wyszukane, to i zaczęłam się interesować literaturą zawierająca wątek kulinarny. Wyobrażam sobie, podczas czytania opisu przygotowania dania, jak ono pachnie, smakuje oraz wygląda. Czasami potrawa może smakować niespecjalnie, ale sposób jej podania może sprawić, że zniknie cała w oka mgnieniu ;)

Książkę Julii Child "Moje życie we Francji" dostałam dawno temu, ale dopiero niedawno ją skończyłam czytać. Opisy tego kraju wywoływały zbyt dużo wspomnień i zarazem tęsknoty za nim. Wiedząc jednak, że tu wrócę, mogłam spokojnie dokończyć lekturę.
To opowieść autobiograficzna Amerykanki, która wraz z mężem przyjechała do  Paryża. On zawodowo a Ona - jako jego żona ;). Bardzo szybko rozkochała się w kuchni francuskiej i zaczęła namiętnie ją studiować nie tylko w swoim domu, ale i uczestnicząc w kursach u wybitnych paryskich  kucharzy. Doświadczenie i umiejętności a także doskonała znajomość tejże kuchni sprawiły, że Julia postanowiła napisać książkę kucharską dla... Amerykanek. I tu autorka powieści obrazuje cały proces przygotowawczy powstania poradnika.
I to, co mnie właśnie ujęło, zastanowiło i zachwyciło zarazem w tej książce, to niezwykle skrupulatne i precyzyjne przygotowanie wszystkich przepisów. Julia sama tej publikacji nie przygotowywała, bo pomagały Jej jeszcze dwie koleżanki. Niesamowity dla mnie był jednak fakt, że zanim jakiś przepis trafił do spisu treści, Julia najpierw go przygotowywała osobiście, robiąc przy tym bardzo dokładne zapiski i adnotacje. Mało tego! Do przepisu na przykład z kurczakiem w roli głównej kupowała różne rodzaje tegoż drobiu i sprawdzała, który najlepiej się nadaje. Kiedy miała przygotowany sposób na doskonały sos i odkryła, że w USA nie można dostać jedynej w swoim rodzaju francuskiej śmietany (Potwierdzam. Jest doskonała!), testowała na amerykańskiej  i... zrezygnowała z tego przepisu, gdy okazało się, że osiągnęła zupełnie inny efekt. 
Pomyślałam sobie, że to ogromna szkoda, że ludzie w pogoni za pieniędzmi, zdobywaniem fortuny, zrezygnowali z solidności wykonania, z dbałości o wygląd jak i zawartość produktów.
Zaraz sobie przypomniałam, jak byłam z Jagną w czerwcu w sklepie na "E", by kupić parę książek. Przechodziłam wtedy koło stoiska kulinarnego i rzuciła się mi w oczy pewna książka z przepisami. Nie znam tytułu, autora, ale z okładki i "strzępków zapamiętanych słów" wiem, że miała być ona zestawem przepisów niby kucharza - w rzeczywistości postaci serialu telewizyjnego. Na okładce, oczywiście, facjata tegoż aktora. Bardzo znanego zresztą i przeze mnie cenionego;)
Stwierdziłam, że to jest okropne, że dla zysku i zarobku jak największej ilości pieniędzy, ludzie posuwają się do produkowania, wydawania często takiego chłamu, że ręce opadają i aż dziw bierze, że ktokolwiek to kupuje...
Tę tendencję do takiej nierzetelności zauważam w wielu sferach naszego życia. Na przykład ktoś coś organizuje, zachęca uczestników do udziału. Ludzie się angażują, zapalają do realizacji pomysłu, a potem organizator nie przejawia zainteresowania swoją akcją. Ma się wtedy wrażenie, że tak naprawdę nie chodzi mu o efekty jego pomysłu, ale na ...popularności, na podbijaniu sobie statystyk.
To jest ogromnie smutne...
Nawet te programy wyszukujące talenty wszelakie często kwalifikują do udziału osoby, kierując się nie ich talentem, ale "oryginalnością" - zapewnieniem większej ilości widzów... 
Niski poziom prezentują ostatnio nie tylko produkty nawet znanych marek, które kiedyś były za jakość i wykonawstwo cenione, a obecnie i tak w Chinach wszystko produkują, ale i "dobra intelektualne", jakimi jest literatura ( o tym już pisałam kiedyś, wypominając o "autorach" takich poradników typu: jak być młodszym od własnego syna albo jak być perfekcyjną mamą nie posiadając dziecka), po dziennikarstwo - gdy czytam tytuł tak zwanego" artykułu" dotyczącego znanej aktorki, ż e jest szczęśliwa i ma falujący biust! W treść tejże rewelacji już nie wnikam, bo mam ostatnio problemy ze snem ;).
Taka mnie ostatnio złość bierze na tę "byle jakościowość", ze aż zgrzytam zębami. Miałam tu na wyposażeniu suszarkę do naczyń słynnej firmy na "I". Mimo że talerze posiadam również twj firmy, z owej suszarki ciągle mi spadały. Pojechaliśmy do sławetnego sklepu w celu zakupienia nowej - i w mym mniemaniu - lepszej. Nie chcecie znać rezultatu... W każdym razie uważam, że OSOBY, KTÓRE MAJA ZMYWARKI I MYCIU RĘCZNYM TUDZIEŻ SUSZENIU NACZYŃ DROGĄ TRADYCYJNĄ NIC NIE WIEDZĄ, NIE POWINNY PROJEKTOWAĆ TEGO TYPU PRZEDMIOTÓW!  Jeszcze rozumiem, jakbym miała jakieś dziwne talerze w kształcie konia albo serca. Ale to tradycyjne naczynia i to tej samej firmy!!! Ojej!
Tak, to prawda. Ostatnio w głowie kłębi się mi wiele tematów, które mnie irytują, zastanawiają lub smucą. Bywają w swej treści kontrowersyjne, ale będę o nich pisała. Już niedługo.

Na rozładowanie emocji proponuję mój ŚPIEWNY ALFABET, w którym zaprezentuję w kolejności - alfabetycznej;) - twórców i ich utwory, które lubię, cenię, zapadły mi w ucho czy też pamięć głęboką.
Dziś zacznę od młodej - zawodowo - wykonawczyni, bo chyba dopiero w tym roku zaistniała. Córka znanej w latach sześćdziesiątych Mamy. Córka, która wcześnie tę mamę straciła, podąża w swej twórczości właśnie tą tamtą drogą co Jej rodzicielka... Niesamowicie podoba się i klimat, jaki tworzy, konsekwencję oraz miłość do czasów, które i dla mnie wydają się piękne i niezwykle interesujące. A jeśli chodzi o modę, jedne z najpiękniejszych...


Do widzenia się z Państwem,
Jagodzianka.

P.S.1 Na wniosek Pana i Władcy prostuję: NIGDY NIE ODKURZAM PODCZAS OGLĄDANIA MECZU PRZEZ PANA I WŁADCĘ. JA NIGDY NIE ODKURZAM. ROBI TO ON SAM. ;)
P.S.2 Nie wiem, czy to pod wpływem wczorajszych odpowiedzi w poście, ale nabrałam takiej werwy do sprzątania komnat, że wszędzie lśniło, a Rodzina - po ujrzeniu blasku czystości w każdym kącie, postanowiła noc spędzić w ogrodzie w namiocie, by nie zepsuć mi efektu uzyskanego... Powoli stan domu wraca do normy ;)
P.S.3 Katerino, odpowiedzi udzielę w czasie najbliższym. proszę o cierpliwość i zrozumienie dla mojego "bzika" w związku z zachowaniem porządku tematycznego  na blogu ;)

sobota, 29 września 2012

GAR Z BIGOSEM, GROCHEM I KAPUSTĄ - BAKŁAŻAN I ULE DWIE

Bonjour.
Dziś dzień taki leniwy. Deszczyk siąpi, nic się nie chce... Chce się jedną tylko rzecz: spać! Szczególnie gdy MO (Mały Obywatel), czyli Franio przez cała noc daje znać o sobie. A raczej Jego zęby. Wychodzi Mu właśnie druga dwójka. Druga! A gdzie i kiedy reszta? I czy wszystkie mają zamiar tak długo i boleśnie wychodzić? Dobra, już dobra... nie narzekam ;) Włączam swój optymizm a wraz z nim mam do polecenia książkę. 
W obecnych czasach, patrząc na te wszystkie bestsellery, można zwątpić w literaturę. Jedna młoda dama proponuje być sexy mamą, zaś inny już niemłody dżentelmen pokazuje, jak być młodym, młodszym... coraz młodszym. Wiecie, taki powrót do przeszłości;) Każdy, kto się zwie celebrytą, winien popełnić jakiś jeden twór książkopodobny I tak popularne nastolatki prezentują swe biografie (!) a znani z tego, że są znani, piszą, że są znani. Masakra! Tak, tak, wiem, że masakra to krwawe starcie zbrojne lub rzeź ludności, ale wybaczcie, dla mnie tego typu publikacje są rzezią na literaturze przez duże L.
Ale wśród tej sterty chłamu można znaleźć coś warte przeczytania. "Wyśpiewam wam wszystko" Urszuli Dudziak mam na myśli.  Ta niezwykle utalentowana wokalistka, bazując na swoich pamiętnikach pisanych już we wczesnej młodości, przedstawia nam swoje barwne życie, które spędziła u boku takich sław jak Michała Urbaniaka, który był Jej mężem, czy Jerzego Kosińskiego - niesamowitego pisarza i partnera jazzmanki. Wspomnienia pisane są w sposób bardzo lekki, z dużą dawką humoru. To, co mnie jednak najbardziej zauroczyło w tej książce, to niesamowity optymizm Dudziak, jej miłość do świata, ludzi. To przekonanie, że wszystko może się udać. Fantastyczne jest to, że mając kompleksy i tak trochę nie wierząc w siebie, tyle osiągnęła. I ja myślę, że właśnie stoi w  miejscu, w którym jest teraz dzięki swej ufności, wierze, że jak się chce coś osiągnąć, to można, tylko trzeba działać. Przykładów na to jest podanych wiele w tej biografii. I właśnie ze względu na tę pogodność samej autorki chciałabym Wam polecić tę książkę. Czytając ją, cały czas się uśmiechałam i nawet uwierzyłam, że jeszcze dużo możliwości przede mną i nic nie jest stracone. Może wy również?
 Okładka, na której widnieje uśmiechnięta wokalistka, jest kolejnym dowodem na to, że u Urszuli Dudziak jest coraz lepiej. Że Ona się dopiero rozkręca! A ma już lat... Ach, czy to ważne? Na pewno skończyła 18 ;)

To jak już mamy taki smakowity kąsek literacki, to podejmę wątek kulinarny. Ostatnio wspominałam Wam o smakowitym bakłażanie. Postanowiłam zrobić takie danie, by i W. zmienił zdanie na temat tego warzywa. Co prawda dalej nie przepada za oberżyną, ale tę potrawę uznał za bardzo smaczną. Przepis zaczerpnęłam, oczywiście, z KWESTII SMAKU troszkę go modyfikując.

BAKŁAŻAN ZE SPAGHETTI
  • 2 łyżki oliwy z oliwek do smażenia;
  • 1 bakłażan, pokrojony w kostkę;
  • 2 pomidory, sparzone i obrane a następnie  pokrojone w dużą kostkę;
  • 4 łyżki orzechów włoskich;
  • 1/2 szklanki rodzynek;
  • 1/3 szklanki  bulionu;
  • garść świeżej bazylii;
  • oliwa z oliwek extra virgin do polania, w ilości - do smaku;
  • sól i świeżo zmielony pieprz;
  • szczypta pieprzu kajeńskiego;
  • 100 g makaronu typu spaghetti.
Na patelni rozgrzewamy oliwę, dodać bakłażan i mieszając od czasu do czasu smażymy przez około 4 minuty na średnim ogniu, aż będzie ładnie zrumieniony i jędrny w środku. W połowie smażenia, solimy.  Dodajemy następnie rodzynki, orzechy oraz pomidory. Wszystko doprawiamy solą, świeżo zmielonym pieprzem oraz szczyptą chilli. Wlewamy bulion, mieszamy i smażymy przez około 4 minuty, aż rodzynki zmiękną, a  cały płyn prawie wyparuje. W międzyczasie gotujemy makaron w osolonej wodzie.
Odcedzony makaron wkładamy na patelnię z bakłażanem i mieszamy. Posypujemy bazylią i polewamy oliwą z oliwek extra virgin do smaku. 
 
Post dziś zaczęłam od jednej Uli za skończę na drugiej.
Jak zauważyliście zapewne wygląd mojego bloga ie zmienia. Kieruję się przede wszystkim tym, by był przejrzysty i czytelny dla Was, a dla mnie poukładany;) Nie podjęłabym się tych zmian od strony technicznej nigdy, gdyby nie doskonałe porady ULI PHELEP , która w bardzo przystępny sposób tłumaczy tworzenie bloga od strony technicznej (co mnie akurat zainteresowało), ale i od strony merytorycznej. Jeśli zatem macie jakieś problemy, pytania, zajrzyjcie do Niej koniecznie!
Mam nadzieję, że zmiany u mnie Wam się spodobały? Powiedzcie, że tak! ;)

To co tak muzycznie zakończymy dzisiejszy wieczór sobotni muzycznie? Ulą? 
Miłej niedzieli Wam życzę i do widzenia się z Państwem,
Jagodzianka.