sobota, 3 sierpnia 2013

SOBOTA POD KULTURALNĄ CHMURKĄ : PO PIĘĆDZIESIĘCIOKROĆ WARTO PRZECZYTAĆ NA PLAŻY!

Bonjour.
Wakacje to taki czas, gdy można sobie wreszcie  przeczytać zaległe lektury na plaży. Relaks, gorące słońce, plażowy piasek, szum fal i słodki zapach lasu rozgrzewa umysły,.. Pobudza żądzę...  
Gdy czytam, że jakaś nowość czy to filmowa czy też literacka stała się klasykiem zanim została wydana albo, że oszalały na jej punkcie tysiące, to podskórnie wyczuwam, iż jest to jedynie "chłit marketingowy". Już ci od reklamy wiedzą, jak przedstawić produkt, by tłumy dostały bzika na jego punkcie. 
Ja zatem jako zodiakalny byczek staję przed takim bestsellerem okoniem ;)
No, chyba że taką rewelację dostanę od Magdy Jacoolowej na przykład...
Wzięłam tę książkę ze sobą na urlop. Pomyślałam, że zmierzę się z utworem, który zawładnął chyba najbardziej amerykańskimi kobietami, aczkolwiek nie jestem tego pewna.
Tak, mówię/piszę o "Pięćdziesięciu twarzach Greya" E. L. James.
Młoda  Anastasia Steel przez przypadek poznaje przepięknego, przystojnego o zjawiskowej urodzie Christiana Greya.  Ona - niewinna jak i naiwna dziewica, on - szalenie bogaty z mroczną przeszłością i z potrzebą kontrolowania innych. I jeszcze z potrzebą seksu. Różnego seksu. 
Ona mu ulega, bo jest piękny. Nieziemsko piękny. On jej pożąda zawsze i wszędzie, a szczególnie, gdy ta przygryza dolną wargę...
Powieść ocieka seksem. Ona rozpada się na tysiące kawałków, on śmiga ją biczykiem dla przyjemności własnej i jej.
Mimo tej tendencyjności czytałam tę książkę jednym tchem... Czyżby było to arcydzieło literackie?
Daleka jestem od takiej oceny. I zastanawia mnie to szaleństwo na punkcie tej książki. 
Owszem, temat erotyczny przyciąga czytelnika, opisy mogą wpływać na wyobraźnię -oj, mogą! Choć jednocześnie czasami wzbudzają śmiech. Kobieta, która pierwszy raz idzie do łóżka z facetem i przeżywa kilka orgazmów... Echchch... Tak... Szczęściara...
To, co mnie rozśmieszyło, czy też uznałam za naiwne w tej lekturze, to takie schematyczne pokazanie postaci Anastasii. Typowa niewinna, w wielu sprawach nieuświadomiona dziewica, marząca o rycerzu na białym koniu, posiadająca kilku adoratorów, ale traktująca ich jedynie jak przyjaciół. Jeden, co prawda, próbował siłą dobrać się do niej, ale Christian ją oczywiście obronił, a ona wspaniałomyślnie przebaczyła mu tę napaść. Mało tego! Kobieta żyjąca w XXI wieku, mając 21 lat, musi dowiedzieć się od swojej przyjaciółki bardziej doświadczonej w sprawach damsko - męskich, że na randkę należy się ogolić tu i tam ( to "tu" to są nogi!), zaś jej niechęć do laptopa,  znajomość  jedynie podstawowej obsługi tegoż ma na celu chyba jedynie pokazać, jakaż ona niewinna i nieświadoma. To trochę było żenuła... ale...
Kiedy na tylnej okładce książki przeczytałam, że ma być ekranizacja powieści, zaczęłam się zastanawiać, kto zagra Greya. bo  - muszę przyznać - że trudno sobie wyobrazić tego bohatera podczas czytania lektury. On jest niewidzialny, A jedynie, co o nim wiadomo, to fakt, że jest niesamowicie przystojny. Piękny i zjawiskowy. No ,wypisz, wymaluj jak mój W., normalnie ;)
Czy polecam tę książkę? Czy jest rewolucyjna w temacie, który został w niej podjęty? 
Czytałam, chociażby "Pamiętniki Funny Hill" czy też "Teleny" pisane doprawdy jakieś 200 lat i więcej temu. Seks był tam podjęty niezwykle odważnie a to był XVIII i XIX w.! Temat zatem nie jest nowy. 
Język utworu? A raczej przekład - żadne mistrzostwo świata. Potoczny, bez finezji. Anastasia, to chyba zabieg autorki (tłumaczki), by podkreślić jeszcze bardziej niewinność bohaterki, jako przekleństw używa zwrotów: "kuźwa do kwadratu" albo "kurka wodna", a już  wyrażenie "o, święty Barnabo!".bywa kuriozalne.
Czy polecam Wam tę lekturę?
Tak! Jak najbardziej! Dlaczego? Bo nie widzę w tymi nic złego, by na wakacjach przeczytać coś lekkiego, niezbyt wysokich lotów. Bo fajnie powiedzieć mężowi, że Chrisrtian Grey to zrobiłby to tak, albo inaczej Albo wysłał po mnie helikopter lub kupił nowiutki laptop. Albo wycałował każdy milimetr mego ciała...

***
 Dzieci mają to do siebie, że poleceń "posprzątaj", "nie hałasuj" lub " zachowuj się ciszej" nie słyszą. Bez względu na to, ile decybeli na te przekazy używamy. Ale choć byśmy  szeptem mówili o swoich dorosłych sprawach, to słyszą wszystko. 
Czytając książkę o Christianie, od czasu do czasu nawiązywałam o nim w moich rozmowach z W.
Ja: W. pomasuj mi stopy.
W.: I co jeszcze?
Ja: I zrób mi cień.
W.: I co jeszcze?
Ja: I wachluj mnie, podając od czasu do czasu wino schłodzone.
W.: Jasne, bo mam tyle rąk.
Ja: Ach., mieć mężczyznę o ośmiu dłoniach...
Jagna: ... jak Christian Grey?

Czy to wakacje, czy też omówiona dzisiaj lektura, a może jeszcze inne obserwacje sprawiły, że i ja trochę zaszalałam. Zrobiłam się odważna. Poszłam dziś do fryzjera...

Pozdrawiam,
Jagodzianka.

piątek, 2 sierpnia 2013

PIĄTEK Z PATELNIĄ - DANIA Z NIE MOJEJ PATELNI

Bonjour.
Dzisiaj trochę o kuchni francuskiej i hiszpańskiej, a tak dokładnie o baskijskiej.
Wakacje to czas, kiedy można odpocząć od kuchni. I ja tak właśnie postanowiłam: "nie będę gotowała podczas urlopu". Ale potem... najpierw kupiłam miskę i łyżki do sałatek, by je samodzielnie sporządzać, zaś wieczorami troszkę żałowałam... że nie mamy elektrycznego grilla, by móc na niego kłaść chociażby "kurżetki"  ( z fr. courgette - cukinia). Ale to nie z powodu złego jedzenia w restauracjach. Sałatki to ja teraz w ilościach hurtowych jem, zaś wieczorem miło z W. coś byłoby przekąsić, gdy JUŻ DZIECI POSZŁY SPAĆ.
Ale wracając do tematu.
W restauracji francuskiej nie siada się przy pierwszym wolnym stoliku, tylko czeka, aż zwolniony przez konsumentów zostanie uprzątnięty. Dopiero wtedy siadamy.  W większości knajpek karafkę wody dostaje się za darmo. Kelnerzy są uprzejmi, dbają o klienta. Mówię o tym ze swojego doświadczenia.
Można zamówić danie dnia, które jest w atrakcyjnej cenie już od 12 Euro i w skład niego wchodzi: przystawka (entrée), danie główne (plat) i deser (dessert).
Zacznę zatem od nowości, jakie poznały nasze podniebienia.
W jednej z restauracji dostałam morskie danie dnia. Wiedziałam z czym to się je - że tak powiem, ale "zaryzykowałam".
To była moja przystawka:
 Beacia24 pewnie zaciera ręce i myśli, że się w końcu przekonałam do tego stworzenia z oczętami. Nie. Nie dałam rady. Nie zjadłam tej biednej krewetki. Nie potrafiłam. Zaś W. był bezwględny. ZEŻARŁ ją.
W tym "pierożku - sakiewce" podano, co prawda mięso krewetek, ale już bez ocząt. Zjadłam, ale zamknąwszy uprzednio swe oczyska. Był to mój pierwszy i ostatni raz. z krewetką w roli pokarmu.

Druga nowość... Mule (małże). zawsze obserwowaliśmy ludzi, którzy wcinali  les mules z charakterystycznych czarnych garnków. Nawet dzieciaki się tym zajadały, aż im się uszy trzęsły. to rodziło pytanie: czy to danie jest aż tak warte spróbowania?
To było danie zamówione przez W. On był mile zaskoczony i zachwycony nim. Ja spróbowałam jedną małżę. Los jej podobny do krewetki. To nasze ostatnie spotkanie w moich ustach. Nie, żeby była niesmaczna. To po prostu nie moja bajka.

To teraz pogadamy o jedzeniu smacznym...
 Sałatki. to ja mogę w lecie w ilości każdej.
Zamiast korniszona nasze rodzime kiszeniaki byłyby lepsze;)

Gdy pojechaliśmy  do Hiszpanii, okazało się, że tam podejście do klienta jest zupełnie inne. Nie uświadczysz przede wszystkim menu po angielsku jak we Francji. Dobrze, że oprócz hiszpańskiego i baskijskiego był jednak francuski... kelner nie troszczył isę już tak o klienta. to raczej on był decydującym o wszystkim.
Ale za to jakie jedzenie przynieśli...
Na przystawkę sałatka: sałata z kuskus, kukurydzą, ichnią szynką, grzankami, serem kozim polana octem balsamicznym. Miód w gębie!
 Dania główne:
Dla mnie jakaś smaczna ryba, którą maczałam w wyśmienitej śmietanie i zagryzałam zapiekanymi ziemniaczkami.
W. zaś otrzymał  smażone pstrążki ( bo to na pstrągi nie wyglądało) ze śmietana, szynką i coś w rodzaju cieniutkich tłuściutkich ale jakże przepysznych hiszpańskich fryteczek.

Mój deser. Słodki. Mus z mango. Słodki. Słodki. Słodki.

Jak już jesteśmy przy słodkościach. To, co sobie zamówiłam pewnego dopołudnia, było " pomrocznością jasną".  Jak można było chcieć zjeść naleśnik 
(crêpe) z jabłkami, kandyzowanym imbirem, miodem, czymś strzelającym w ustach i okraszonym bitą śmietaną?
Tylko ja mogłam tak oszaleć.

Zaś W zamówił galette. To też naleśnik , ale bez miodu, cukru, lukru i słodzika. Ale za to z owocami... morza... tymi posiadającymi oczęta. Smutne oczęta.


Raz zamówiłam ŚWIEŻĄ sałatkę dnia. Przynieśli. Wyglądała kolorowo i... świeżo: marchew, buraki ( gotowane bez soli. Na szczęście Frank pochłonął wszystkie), pasta rybna, pomidory, ogórki, przepyszny ser i szynka parmeńska. W. spojrzał na danie i stwierdził, że pewnie zaraz trzeba będzie mi kupić " coś konkretnego". Franek oraz Jagna spojrzeli na melon i arbuza. Wywiesili języki i wiedziałam, że to były owoce dnia jedynie w moich  marzeniach. Zeżarły harpie wszystko. Mimo tego "objadłam się jak mops".


Na upały doskonały jest w Polsce chłodnik. Tutaj zaś gazpacho. Odmiana andaluzyjska. dojrzałe pomidor z oliwą, czosnkiem i szczypiorkiem. Na zimo.

A na koniec zostawiłam sobie danie... włoskie. Pizza. Z mozzarellą, szynką parmeńską. Prosto z piezza ;) Z rąk mistrza...

A dzisiaj byłam na cotygodniowych zakupach. I kupiłam sobie... najlepsze na świecie POLSKIE śliwki WĘGIERKI z Niemiec!

Smacznego weekendu życzę,
Jagodzianka. 

EDIT. Dzisiaj tj, w sobotę dwie harpie (lat 2 i 8) pod osłoną poranka korzystając z okazji, że czujność matki jest wciąż UŚPIONA, wykradły z kuchni śliwki węgierki i je ZEŻARŁY. Zostawiły matce 1 ( słownie: jedną). Oby je pos...! ( Harpie nie śliwki, choć śliwkami:)).

czwartek, 1 sierpnia 2013

DIY/ZTS {z cyklu} NATCHNIONY CZWARTEK: OKŁADKA ALBUMU W STYLU MARINE

Bonjour.
Po powrocie  do domu z wakacji miałam dużo pracy i związanej z domem a także z zamówieniem " na cito". I prawdę powiedziawszy myślałam, że dziś nic nie zdążę przygotować na dzisiejszy kurs, ale spięłam się i dałam radę, choć dziś lecę na twarz, bynajmniej nie z drzewa... 
Od 5 lat próbuję wykonać album z naszych wakacji nad Morzem Śródziemnym. Z marnym skutkiem. W ogóle to mi wstyd się przyznać, ale nie mam ani jednego zescrapowanego albumu z naszymi zdjęciami, mimo że fotki  regularnie wybieram, wywołuję właśnie w tym celu.  Ale to się zmieni! I  postanowienie rozpoczęłam od zrobienia okładki do albumu, w którym co prawda już parę stron jest wykonanych, ale wciąż on świeci pustką.
Ponieważ statyw został w samochodzie, a samochód pojechał z W. do pracy, to zdjęcia kursu będą dziś troszkę inne.

Motyw marine jest jednym z moich ulubionych. O pokoju w tym stylu dla Frania wciąż marzę i w głowie go planuję  w każdym szczególe,
Na razie jednak musi mi wystarczyć taka oto marine okładka


.Gotowi?
KROK 1
Najpierw naklejamy "bazę" na okładkę. Papier typu czerpanego z brzegów obdarłam nadając efekt fal abo rozwianego bryzą morską czegoś tam, czegoś tam.

 KROK2
Następnie nakleiłam papier do scrapu z motywem fal, w górnym lewym rogu sznurkiem  i trójkątami z papieru stworzyłam girlandę i poprzyklejałam kawałki taśm dekoracyjnych, na których wypisałam nazwy miejscowości, w których wtedy byliśmy.

KROK 3
Bierzemy się za drewnianą rybkę. Tym razem jej nie pomalowałam, ale okleiłam papierem w paski, zaś brzegi mocno postrzępiłam nożyczkami. Użyłam konturówki do wykonania fastrygi jak i ramki oraz rozdziawionego pyszczka, zaś stempli, by odbić rok wakacji. Użyłam gotowe ruszające się oko.


KROK 4
Bąbelki powietrza uzyskałam poprzez wycięcie z papieru bazowego kółek i naklejenie na nich koralików z literkami oraz naklejenie - nie wiem jak je nazwać - półprzezroczyste plastikowe kropelki.

GOTOWA OKŁADKA

Materiały, które użyłam pochodzą z:
  •  rybka drewniana z ECO DECO ,
  •  zestaw papierów do scrapbookingu  ECHO PARK - SPLASH;
  • papier czerpany - prezent urodzinowy;);
  • papier w paski biało-czerowne GALERIA PAPIERU
  •  sznurek papierowy i półprzezroczyste kropelki - kupione na wyprzedaży;
  •  sznureczki i tasiemki zakupione na wyprzedaży: dostępne w każdym sklepie plastycznym bądź pasmanterii;
  • konturówka 3D kupiona tu we Francji;

Pozdrawiam, 
Jagodzianka.